Autor Wątek: Kombat Story  (Przeczytany 8104 razy)

Offline Sarlok

  • +
  • Wiadomości: 10
Kombat Story
« dnia: 2005-06-05 (Nie), 15:45 »
Kiedyś na kompaktach secreta wychodziło opowiadanie autorstwa Mamuta - Kombat Story
mam jego piątą część z CD 45 i ostatnio przeglądając starocie się na nie natknołem. Czy ktoś może wie skąd można je ściągnąć w całości albo może macie inne jego części

Arclon

  • Gość
Kombat Story
« Odpowiedź #1 dnia: 2005-06-05 (Nie), 17:24 »
Sądzę że jakiś Ascot, Kore czy inny Emill to powinien mieć.
A tak w ogóle, może ktoś mógłby wygospodarować odrobinę czasu i miejsca, żeby wrzucić obrazy płytek SS na Sikretię, hmm?...
« Ostatnia zmiana: 2005-06-05 (Nie), 17:25 wysłana przez Arclon »

Offline Ascot

  • Patrycjusz
  • Moderator
  • ++
  • Wiadomości: 1 818
Kombat Story
« Odpowiedź #2 dnia: 2005-06-05 (Nie), 18:57 »
Czemu ja powinienem mieć?

A co do obrazów- prawa autorskie :P

Offline Koki

  • +++++
  • Wiadomości: 5 069
Kombat Story
« Odpowiedź #3 dnia: 2005-06-05 (Nie), 19:45 »
Hej, to nie było to z Kompendium Wiedzy któregoś?

"Niestety, pech chciał że nadepnął jej na stopę. Ciało nie mogło przejąć impetu uderzenia i głowa oderwała się lecąc z kawałkiem odgryzionego języka"(Uppercut)

Arclon

  • Gość
Kombat Story
« Odpowiedź #4 dnia: 2005-06-05 (Nie), 19:56 »
Tego nie wiem. Moja trójka została doszczętnie zdezolowana, dwójki mam połowę, więc tylko w jedynce mogłem sprawdzić - tam nie ma (chyba żeby było w "BIS").

Co do praw autorskich to, to raczej nie problem, jak ktoś sprawdzałby Sikretię to i tak może was przymknąć za udostępnianie SS #1, tak więc jedno wykoczenie czy dwa - żadna różnica.
Inna sprawa, że teraz dopiero się otrząsnąłem, że to byłoby kilka (kilkanaście?) ładnych GIGAbajtów(!). Więc pomysł z dość oczywistych względów odpada. :phpbb_icon_razz:
« Ostatnia zmiana: 2005-06-06 (Pon), 20:20 wysłana przez Arclon »

Offline Keiran

  • Naczelny Ekonom
  • DKMiści
  • +++++
  • Wiadomości: 7 955
Kombat Story
« Odpowiedź #5 dnia: 2005-06-05 (Nie), 20:56 »
ale po co cale obrazy? kogos interesuja dema staroci itp?

Arclon

  • Gość
Kombat Story
« Odpowiedź #6 dnia: 2005-06-06 (Pon), 15:53 »
Zasadniczo po to, żeby dać całe archiwum, a nie jakieś niefunkcjonalne strzępki. Bo co tam poza Demami i Szerłerami wszelakimi właściwie było? Niestety żadnego ze starych (tzn. tych wcześniejszych) CeDeków nie posiadam. Jeżeli tam były jakieś fajne SSowe rzeczy - oczywiście można wrzucić.
Z resztą dyskusja co do obrazów i tak jest bezcelowa ze względów... eee... technicznych. :P
« Ostatnia zmiana: 2005-06-06 (Pon), 16:05 wysłana przez Arclon »

Offline Danway

  • +
  • Wiadomości: 10
Kombat Story
« Odpowiedź #7 dnia: 2005-06-06 (Pon), 16:06 »
Tak jak mówił Koki to było w KW2 albo 3. Składało się 12 rozdziałów i opowiadało jak doszło do MK3, świetnie się czytało i było świetne.

Więc tam musisz tego szukać w całości.


Śmierć nie nadchodzi w momencie opuszczenia przez najbliższych!!
http://forum.gazeta.pl/forum/71,1.html?f=16358 - forum D&P
http://forum.gazeta.pl/forum/71,1.html?f=21131 - Forum Secret Service.

Offline RioT

  • Blogger|Konsolowiec|Agent
  • +++
  • Wiadomości: 2 299
Kombat Story
« Odpowiedź #8 dnia: 2005-06-06 (Pon), 18:55 »
Ech... gdyby nie prawa autorskie to bym poskanował ... a tak ;) Khem... mogę wysąłć białe strony ;)

Arclon

  • Gość
Kombat Story
« Odpowiedź #9 dnia: 2005-06-06 (Pon), 19:01 »
Cytuj
opowiadało jak doszło do MK3, świetnie się czytało i było świetne.
Aaaaa... pamiętam. Było coś takiego. To Mamuta było? To było to, jak Cage wpadł pod pędzący pociąg a Jaxowi obcięło łapy i w klinice mu nowe zrobili itd. itp.?
Szczerze powiedziawszy takie świetne, to to nie było. Tzn. dobrze że ktoś w tej historii trochę ginął, ale pamiętam że sam warsztat pisarski trochę jednak amatorką trącił. Kurcze, jesteście pewni że to Mamuta było? To nie był jakiś konkurs na historię MK3 czasami?

RioT - jak Drizowi się nic nie stało, to myślisz, że tobie się stanie? :.^^:

Offline RioT

  • Blogger|Konsolowiec|Agent
  • +++
  • Wiadomości: 2 299
Kombat Story
« Odpowiedź #10 dnia: 2005-06-06 (Pon), 19:05 »
dobra jak kto by chciał, to dać znać na GG, wieczorem poskanuję :]

Offline Danway

  • +
  • Wiadomości: 10
Kombat Story
« Odpowiedź #11 dnia: 2005-06-06 (Pon), 19:11 »
No dobra z tą świetnością może trochę przesadziłem, ale było w miarę zjadliwe. A ginęły te postacie, które nie pojawiły się w gierce.

A z tego numer KW podobało mi się opowiadanie nieznanego autora: "O ostatnim człowieku, który nie miał Windowsa 98".

Fajny tekst, a o stylu to się nie wypowiadam.
Śmierć nie nadchodzi w momencie opuszczenia przez najbliższych!!
http://forum.gazeta.pl/forum/71,1.html?f=16358 - forum D&P
http://forum.gazeta.pl/forum/71,1.html?f=21131 - Forum Secret Service.

Offline Keiran

  • Naczelny Ekonom
  • DKMiści
  • +++++
  • Wiadomości: 7 955
Kombat Story
« Odpowiedź #12 dnia: 2005-06-06 (Pon), 19:24 »
ojojjoj oddech klasyki. swietne bylo to opowiadanko. ja jednak nigdy nie zapomne historii autobusowej czy jak to sie tam zwalo

Offline RioT

  • Blogger|Konsolowiec|Agent
  • +++
  • Wiadomości: 2 299
Kombat Story
« Odpowiedź #13 dnia: 2005-06-06 (Pon), 19:41 »
aaaa to o opowiadanie chodzi :D już skanuję :]

Offline Gonzo

  • +
  • Wiadomości: 750
Kombat Story
« Odpowiedź #14 dnia: 2005-06-06 (Pon), 19:54 »
ja plakalem ze smiechu przy Panu Tadeuszu 2-12 (z Kompendium 2000). :D częsc kawalkow była beznadziejna, ale niektore fragmenty ocierały się o geniusz. polecam, szkoda ze nie mam skanera bo bym zarzucil (btw. prawa do SS ma Syndyk, którego to gówno obchodzi co sie dzieje na PPK).

a historia MK3 też była zabawna, ale trochę mniej :)

Dzień dobry! A gdybyśmy się nie widzieli, dobry wieczór i dobranoc!
"Ceterum censeo Carthaginem esse delendam." Kato Starszy
I saw marihuana in the Yellowstone Park![/color]

Offline RioT

  • Blogger|Konsolowiec|Agent
  • +++
  • Wiadomości: 2 299
Kombat Story
« Odpowiedź #15 dnia: 2005-06-06 (Pon), 19:58 »
hmmm..... ciekawe czy dałoby się wykupić te prawa, a jesli tak to za ile... :]

Offline Sarlok

  • +
  • Wiadomości: 10
Kombat Story
« Odpowiedź #16 dnia: 2005-06-06 (Pon), 19:58 »
To nie tak, w kompendium było opowiadanie pt: Historia turnieju mortal kombat 3
a mnie chodzi o Kombat Story które ukazywało się w częściach na SS CD. Jeżeli ktoś z was ma stare kompakty secreta to na nich poszukajcie. Wiem że na CD 45 była część 5.

Offline Gonzo

  • +
  • Wiadomości: 750
Kombat Story
« Odpowiedź #17 dnia: 2005-06-06 (Pon), 20:04 »
aaa, no to ja mam gdzies jeden kompakcik z oldschoolu i jak znajde to sprawdze (ale nie mam pojecia gdzie go posialem).

RioT: chodzą słuchy że Axel przymierzał siędo kupna ich ale wyszło za drogo (baaaaaaaardzo niejasne info) i zdecydowali sie na TS.

Dzień dobry! A gdybyśmy się nie widzieli, dobry wieczór i dobranoc!
"Ceterum censeo Carthaginem esse delendam." Kato Starszy
I saw marihuana in the Yellowstone Park![/color]

Offline Ascot

  • Patrycjusz
  • Moderator
  • ++
  • Wiadomości: 1 818
Kombat Story
« Odpowiedź #18 dnia: 2005-06-06 (Pon), 20:30 »

Offline Sarlok

  • +
  • Wiadomości: 10
Kombat Story
« Odpowiedź #19 dnia: 2005-06-08 (Śro), 12:30 »
Oto 5 część KOmbat Story



Part 5 - by Mamut

- Nie! - Mamut  uniósł ręce do góry
- Nie  idę znowu  na zwiad! Pierxxx
to, Stryker, ale  nie pójdę! Możesz
sobie myśleć o  mnie co chcesz, ale
nie pójdę! Może Wicik, ale nie ja!

Johnny   Cage  spojrzał   na  Jaxa,
który    polerował    swe   stalowe
przedramię.  Cała drużyna  stała na
polanie nie  opodal jakiejś zabitej
dechami  wiochy.  Ktoś  z  oddziału
Strykera jęczał  wycieńczony długim
marszem,   porucznik   Korzeniewski
nucił  motyw z  GHOST IN  THE SHELL
a Gulash jak zwykle  stał na uboczu
wypatrując  ewentualnego  wroga. Od
czasu  opuszczenia  ich  pierwszego
obozu    stał    się    podejrzliwy
i dziwnie cichy. -  Mamut, no kurxx
pójdź,  będziemy   cię  osłaniać...
- jęknął      znudzony      Stryker
sprawdzając swojego col t'a. - Nie!
Powiedziałem raz, że nie!
Jak   ostatni  raz   się  na   taką
wycieczkę wybrałem, to  mnie o mało
jakiś  pojeb nie  rozpiexxxx! Przez
chwilę      panowało     niezręczne
milczenie,  zostało  one  jednak po
chwili   przerwane    przez   Jaxa:
- Słuchaj,    kurxxx,    to    jest
bezpieczne. Zwykłe rozeznanie. - No
to  czemu,  kurxxx,   sam  tam  nie
pójdziesz?!  -   warknął  na  niego
Ogiński.  -  Jeżeli  to  jest takie
bezpieczne,  to  ja  mogę  pójść...
- powiedzał  powoli  Mr.Root. Mamut
pokiwał skwapliwie głową, a Stryker
ostatecznie zgodził si ę.

Przez  chwilę  zastanawiał  się czy
zrobił   błąd  ofiarując   się,  że
pójdzie na  zwiad. Jednakże wszyscy
twierdzili, że  to jest bezpieczne.
Szedł  powoli  z  giwerą  gotową do
strzału,  stąpając   po  wysuszonej
ziemi południa  wzbijał w powietrze
chmury kurzu  i pyłu. Nie  bał się.
Rozglądał    się    ciekawie   idąc
środkiem  piaszczystej  drogi. Wieś
była     mała     i    opustoszała.
Przywodziła     mu      na     myśl
westernowskie  miasteczka.  Brakuje
tylko plakietki SALOON, pomyślał.
Nagle ujrzał przed  sobą jakiś ruch
i jednocześnie  usłyszał   g  romki
krzyk                   Chmielarza:
- PAAAAAAADDDNNNIIIJ!!!     Wykonał
gwałtowny skręt, przymierzył się do
biegu i... -  Arrgh! - krzyknął gdy
poczuł,  że  przez  jego  lewą nogę
przechodzi sześć  pocisków. Padł na
ziemię  wypuszczając broń  i łapiąc
się za ranę.  Całe udo przypominało
teraz  sito. Kątem  oka ujrzał,  że
z lasu    wybiega    cała   drużyna
i przybiera     pozycje     bojowe.
Panicznie  rozejrzał   się  wokoło.
Z drugiego  końca   wsi  nadbiegała
brygada        (chyba)       Rosjan
z ulepszonymi  pepeszami  krzycząc:
- URRRRAAAA!!!    Mr.Root   jęknął.
Chciał   jedynie,    by   go   stąd
wyciągnęli.

Ruszyli    do     przodu,    często
zatrzymywali  się  szukając  osłony
przed morderczymi  pociskami wroga.
W powietrzu   słychać    było   ryk
walczących  żołnierzy,  dawało  się
czuć odór śmierci... Ogiński i Cage
przycupnęli za płonącym śmietnikem,
Martinez   i  Witzik   dobiegli  do
połowy    placu     starając    się
odciągnąć  Korzeniewskiego  z placu
boju.  Porucznik   Chmielarz  razem
z porucznikiem  Góreckim  usiłowali
uderzyć  z tyłu  na wojska Sojuszu.
Zadaniem  Jaxa,   Strykera  i  jego
oddziału było główne uderzenie.

Legionista  wycofał się  pod ścianę
budynku  i oparł  się o  nią. Wyjął
zza    pleców    ogromny    karabin
maszynowy  M-60  i  przygotował  do
"kopniaka"     jakiego    zazwyczaj
udziela   ta    broń   w   momencie
strzału.  Nawet   napakowanemu,  ze
wszystkimi wspornikami  trudno było
się nie trząść, gdy z lufy jeden za
drugim  leciały  pociski. Żołnierze
padali     jak     muchy,    drgali
w przedśmiertnych      konwulsjach,
jednak Chmielarz nie  zważał na to.
Liczyło  się tylko  to, by  osłonić
Wicika i Martineza, którzy wynosili
bewładnego Korzeniewskieg o.

Johnny   Cage   przesadził  żelazny
śmietnik.   Prawe   przedramię  już
oplatały  wiązki  czystej  energii,
aktor  szykował się  na bój.  Prawy
bok  zaczynał  boleć,  rana  sprzed
dwóch   tygodni   nienajlepiej  się
zrosła.      Dostrzegł     sylwetkę
radzieckiego              żołnierza
i uśmiechnął   się   złośliwie.  Po
chwili posłał w  jego kierunku dwie
emanujące    zielonkawym   światłem
wiązki   energii.   Gdy  wylądował,
poparzonym     ciałem     żołnierza
wstrząsały  przedśmiertne  drgawki.
Rozejrzał się. Był w małej uliczce,
jednakże z lewej  zmierzał do niego
ja  kiś  pieprzony  Uzbek. Atakował
z długim  zakrzywionym  nożem. Cage
pozwolił,  by  ten  trochę  się  do
niego   zbliżył   po   czym  zrobił
szpagat   i    z   tego   położenia
wyprowadził    cios    na    jądra.
Żołnierz  zwinął  się  wypuszczając
bagnet, wtedy  Cage, korzystając ze
swych  niewiary-  godnych zdolności
gimnastycznych,     przykopał    mu
w podbródek.    Zwiotczały    wojak
odleciał  na  trzy  metry, jednakże
szybko   podniósł   się.   Przybrał
dobrą  pozycję do  walki wręcz, nie
wiedział jednak, że ma do czynienia
z Wojownikiem.    Cage   uśmiechnął
s ię.  - Let's  dance - wypowiedzał
swą  ulubioną frazę.  Jego kolejnym
ruchem był CyberKick.

- Alex,  głupia   idiotko,  stój!!!
- Jennifer  wpadła  w  panikę. Mimo
jej  usilnych   błagań,  dziewczyna
Góreckiego  już   biegła  w  stronę
leżącego  Korzenia.  Wokół  słychać
było    huk    wystrzałów,   szczęk
przeładowywanej     broni,    hałas
elekrtycznych             wyładowań
wojowników.   Jednakże   Alex   nie
zważała     na      to.     Roberta
Korzeniewskiego  znała   prawie  od
zawsze, teraz  usilnie próbowała mu
pomóc.   -   Alex!!!   -  wrzasnęła
ponownie     Jennifer,     jednakże
sylwetka  przyjaciółki  niknęła już
w kurzu walki.
Po   chwili   usłyszała  przeciągły
krzyk   Alex.   Kryjąc   się  przed
walczącymi   pobiegła   do   źródła
okropnego,    agonalnego    krzyku.
Spodziewała  się  najgorszego.  Gdy
dym  bitewny uniósł  się na chwilę,
ujrzała  padające   w  kałużę  krwi
ciało  Alex. Stał  nad nią żołnierz
Sojuszu.     Krzyknęła.    Jednakże
w postaci  żołnierza  wyczuć  można
było  jakąś   odmienność.  Żołnierz
spojrzał   na  nią,   a  jego  oczy
rozbłysły    jaskrawym    światłem.
Uśmiechnął się  złośliwie. W jednej
chwili   przerażona   Jen   ujrzała
prawdziwą,     plugawą    tożsamość
żołnierza.      Ujrzała      bowiem
mężczyznę, o kt órym Mamut i Gulash
opowiadali  jej z  trwogą w oczach.
Zobaczyła  mężczyznę  zwanego Shang
Tsung.

- Młody  Łowco!!!  -  ryknął  Shang
Tsung   odwracając  się   w  stronę
Góreckiego.  - Co,  do... -  Gulash
odwrócił  się  i   głos  zamarł  mu
w piersi.    Widział   odrażającego
czciciela  Chaosu, Mroku,  a przede
wszystkim  boga  Shao  Kahna  -- --
Kapłana  Shang  Tsunga trzymającego
w dłoni  obciętą głowę  Alex. -  Ty
skurwielu!!!!  -  ryknął,  szykując
się do ataku  Górecki. Zdawało się,
że  walka  ucichła,  że  są sami na
placu  płonącego  miasteczka.  Przy
każdym  słowie  wypowiadanym  przez
Czarownika, Ash przymykał oczy.
Odnosił  wrażenie, że  z ust Tsunga
wydobywają się płomienie hutnicze.
Przymknął  oczy i  skoczył w stronę
potężnego    czarownika.    -    Ty
tchórzu!!!  Zapłacisz  mi  za to!!!
- zawył,   gdy   uderzył   po   raz
pierwszy. Jednakże  Shang Tsung był
zbyt potężny. Mocne ciosy Gulka nie
wywierały    na    nim    większego
wrażenia.   Po    prostu   klasnął.
"Klasnął"    -     pomyślał    Ash.
W następnej   sekundzie   upadł  na
ziemię   w    odległości   sześciu,
siedmiu   metrów   od   czarownika.
Jęknął,  podniósł się  i zaatakował
ponownie.  - Ghastly  Face Killa!!!
- ryknął i wyskoczy ł w powietrze.

Potężna  eksplozja  wyrzuciła  Jaxa
w górę.  Upadł  ciężko  na  ziemię,
jednakże     wieloletnia     służba
w Służbach              Specjalnych
przygotowała go  na takie sytuacje.
Gdy  podniósł się,  zorientował się
wylądował   naprzeciw   szczególnie
wyrośniętego              żołnierza
radzieckiego. - Zdrastwujcie (urgh,
sorki,   ale   nie   mam  zielonego
pojęcia,     jak     ryć     litery
w rosyjskim)!      -     powiedział
żołnierz.   Jax   wyprostował   się
i postarał    się    nie   wyglądać
głupio.   -  Czyż   to  nie  słynny
Jackson  Briggs?  Miło  będzie  cię
zabić.  Daswidania,  robaczku.  Jax
gwałtownie  pochylił się  i uderzył
pięścią    w     ziemię.    Masywny
przeciwnik    upadł    na   ziemię,
jednakże    szybko    zdołał    się
podnieść.   Mimo    to,   był   już
otępiały.  Jax   wyszczerzył  zęby.
- Daswidania,  cieciu. -  złapał go
za ręce i gwałtowanie szarpnął.

Stryker podniósł się i otrzepał swe
ubranie  z  pyłu.  W  oddali ujrzał
sylwetkę    Martineza    i   Wicika
odciągających   Korzenia   z  placu
boju. - Szybciej,  kurxxx, nie mamy
całego  dnia!  -  sam  dziwił  się,
czemu   te   polskie   bluzgi   tak
przypadły  mu  do  gustu.  Podniósł
się, wyjął gun'y i dał swym ludziom
sygnał do  ataku. - Za  mną, Wilcza
Sfora!!!  Jego  żołnierze  wznieśli
bojowy  okrzyk  i  nie  zważając na
eksplozje  wrogich   granatów  oraz
świst  pocisków ruszyli  za szefem.
Stryker  lubił zabijać,  jednak nie
był fanatykiem j ak Kabal.

Właśnie,  Kabal. Wojownik  nie mógł
się  już doczekać  finałowej walki,
biegł     tnąc     wrogów     swymi
halabardami.    Śpiewał    rubaszne
piosenki    żołnierskie,    których
nauczył  się  porucznika  Legion'u.
Kabal uśmiechnął się  pod swą maską
tlenową i  odciął rękę żołnierzowi,
który mierzył do niego z pistoletu.
Nabrał   powietrza   w   zniszczone
płuca   i   nabił   wroga   na  swe
halabardy.    Zawył    z   uciechy.
Odrzucił    martwego    przeciwnika
i schował  broń.  Żołnierze Sojuszu
unikali  go,  zdjął  więc spokojnie
swą maskę i gogle. Spalone mięś nie
ułożyły  się  w  paskudny  uśmiech.
Zawył  ponownie i  skoczył w grupkę
zdezorientowanych     przeciwników.
Umierali ze strachu. Cieszyło go to
i z  jeszcze większą  werwą śpiewał
swe  pieśni. Sam  ledwie stąpał  po
wąskiej        ścieżce       między
życiem-a-śmiercią,  bardzo  chętnie
spychał z niej innych.

- Root-san?...   -    Wicik   mówił
zduszonym  głosem.  Razem  z  Nezem
klęczeli      przy      umierającym
przyjacielu  w   cieniu  zburzonego
domu.  -  Robert...-  jęknął Marcin
Przasnyski.  - ...  Oh, panowie....
Kurxxx...  - jęczał  Robert -  ..Po
śmierci    Marzeny...    ohh,   ale
boli....   po    śmierci   żony....
myślałem,  że...  kurxxx  -  dyszał
ciężko-  - nn-nie  ma po  co żyć...
Teraz  wiem,   że  wwarto  było....
Oargh!... Wiciński patrzył na niego
przez chwilę  niewidzącym wzrokiem,
po  czym przymknął  mu oczy.  Otarł
łzy   i   mruknął:   -   Teraz  nie
m a już, kurxxx,  nic do stracenia.
Marinez   bez   słowa   przeładował
broń.   Po  chwili   skosił  pięciu
wrogów.   -    TO   ZA   ROBERTA!!!
- Martinez  mścił się  - TO  ZA TEN
PIERXXXXXX    KONFLIKT!    TO   ZA,
nieważne,  GIŃCIE!!!!!!!!!!!  Wicik
wyskoczył   do  góry,   złapał  się
zniszczonego             zadaszenia
i podciągnął  na   górę.  Przebiegł
w stronę   Chmielarza,    w   dłoni
błyszczał blaster. Zabłąkany pocisk
przeszył mu  ramię, jednak Wiciński
nie zważał na  to. Zeskoczył na dół
i dał się porwać walce.

Ogiński wycofał się  i pognał w dół
ulicy.  Miał   "na  ogonie"  trzech
Rosjan  i brak  planu. Bał  się, że
znowu będzie musiał prosić o pomoc.
Kurxxx. Dyszał  ciężko, po okolonej
zarostem   brodzie    spływał   pot
i krew.  Kilka  razy  zaliczył  "na
twarz". Zatrzymał się i oddał kilka
strzałów  do  tyłu.  Chybił. Ruszył
dalej.  Biegł tak  długo, aż dotarł
do     końca     uliczki.     Wtedy
spanikował. Odwrócił  się twarzą do
przecinków. Po  raz kolejny poczuł,
że nadchodzi jego koniec. Nawet to,
że   przeszedł   Siódmy   Krąg  nie
oznaczało,    że    pokona   trzech
wyćwiczonych żołnierzy.
Był  Łowcą, ale  w życiu  prywatnym
- hackerem, nie  regularnym zabójcą
jak   Ash   czy   Gordon.  Przybrał
pozycję  do  walki   i  czekał.  Po
chwili nadeszli. Widział ich twarze
- zarośnięte,     złe,     brutalne
i plugawe.     Zarośnięte     mordy
uśmiechały   się   paskudnie.  Byli
pewni  siebie. To  był błąd.  Mamut
zajarał się w  duchu. Nie doceniali
przeciwnika.  Stinkin'  bastards...
W następnej    sekundzie    ceglana
ściana   za    hackerem   rozbłysła
i eksplodowała   deszczem   cegieł.
Mamut odwrócił się i zasłonił oczy.
Miejsce,  gdzie  ongiś  była ściana
świeciło    oślepającym   blaskiem.
W tym  świetle zdołał  jednak Mamut
dojrzeć  sylwetkę  boskiej  postaci
- upiornej    żony    Shao   Kahna,
Lanfear.    Poczuł,    że   żołądek
podchodzi  mu  do  gardła,  a serce
cofa  się  do  obytu.  Lanfear była
piękna.         Piękna,         ale
i niebezpieczna. Emanowało  od niej
zło.  Lanfear  widząc  zakłopotanie
"Małego"       uśmiechnęła      się
nieznacznie. Nadal  podświetlana od
tyłu   wyciągnęła  rękę   w  stronę
Rosjan. Mamut ujrzał, jak ich dusze
opuszczają ciała.
Na  wp  ół  przezroczyste  obłoczki
sunęły powoli  do upiornej kobiety.
Cofnął  się bardziej,  ręka sięgała
do  komunikatora. -  Nie lękaj się,
Łowco...  -   przemówiła  anielskim
głosem Lanfear -  Twa misja jeszcze
nie   zakończyła    się.   Jeszcze.
Dlatego  cię  nie  zabiję.  Ogiński
podszedł   do   niej.   -   Kim?...
Dlaczego?.... - wyjąkał. - Spotkamy
się  jeszcze.   Wtedy  poznasz  być
może, kim  jesteś naprawdę. Światło
zgasło, a ściana  pozostała tak jak
stała.      Jedynym     świadectwem
wydarzenia  były   trzy  poskręcane
ciała.  Hacker rzucił  si ę biegiem
w stronę                     placu.
- KUUUURXXXXXXXXX!!!!

Komandor     Porucznik     Wiciński
spojrzał  na   leżącego  przed  nim
konającego wroga.  Czuł narastającą
w nim determinację,  zanik ludzkich
uczuć.   Wycelował   swą   dwururką
w twarz   żołnierza   Sojuszu.  Już
miał  nacisnąć spust,  lecz zawahał
się.   Obrócił  strzelbę   w  dłoni
i uniósł   nad   głowę.   Widocznie
uznał lufę za  za mało osobistą. Po
chwili  broń   opadła,  zagniatając
swą kolbą głowę żołnierza.

* * * * * * * * * *

Pogrzeb poległych odbył się jeszcze
tego samego dnia. Alex, dwóch ludzi
Strykera  i wreszcie  długo męczący
się  przed śmiercią  Korzeń zostali
"oddani   w   objęcia   matki"  jak
określił   to   Kabal.   Nikt   nie
płakał,  wszyscy   byli  po  prostu
wkurxxxx.  Przasnyski  łamiącym się
ze  złości   i  bezsilności  głosem
poinformował wszystkich o kolejnych
działaniach,  o   planach.  Wszyscy
milczeli.  Ostatnia  bitwa zbliżyła
do   siebie   iskrzących   Strykera
i Martineza. Drużyna  stała jeszcze
długo   po  zachodzie   słońca  nad
grobami  w  milc  zeniu  łącząc się
gniewie.  Gulash  milczał, jednakże
wzdrygnął się,  gdy usłyszał cichy,
acz żarliwy szept  stojącego za nim
Mamuta: - To, kurxxx, moja wina!...

*   * * * * * * * * *

Gulash dość szybko otrząsnał się po
śmierci  Alex. Być  może sprawił to
Shang    Tsung,     który    szybko
sprowadził  go "do  parteru". Może.
Może  sprawił to  wróg, któremu Ash
złamał  na  kolanie  rękę  i wyrwał
gardło. Może. - Mamut, nie pierxxx!
- Czy   ja  wiem...   Mimo  nocnego
chłodu,  po ich  plecach, mięśniach
i karkach  spływały  strużki  potu.
Ćwiczyli  długo,  może  po  to,  by
uśpić   złe    wspominenia,   powód
pozostał  na   zwsze  między  nimi.
Górecki wyprowadził  kontrę na cios
Ogińskiego   i  uderzył   z  łokcia
w odsłonięty korpus.
 Ten  skrzywił  się,  lecz  już  po
chwili zablokował lecący cios Asha.
- Pudło,   stary...   -   spróbował
przykopać   z   półobrotu,   jednak
potknął   się   i   upadł.   Gulash
doskoczył   do  niego   i  zatoczył
stopą  krąg nad  jego twarzą.  - Za
bardzo  się  odsłaniasz, chłopie...
Mógłbym  już zgnieść  ci czerep. Co
się    z   tobą    dzieje,   Mamut?
- warknął,             zdenerwowany
nieudolnością     kolegi.    Maciej
Ogiński    usiadł    "po   turecku"
i zasępił się. Ash  usiadł przy nim
i spytał: - Słuchaj,  znamy się nie
od dziś... Wiem  kiedy coś nie gra.
Co  je st,  Maciek? Hacker spojrzał
na  niego zmęczonym  wzrokiem. - To
moja   wina...    gdybym,   kurxxx,
poszedł   na   zwiad,   to  może...
- uderzył   się   nagle   w   czoło
- Kurxxx! To  wszystko przeze mnie!
Ash        milczał       zapatrzony
w przestrzeń.      -      Powinniem
odejść... - mruknął Ogiński. Marcin
spojrzał na niego  ostro i warknął:
- Nawet,  kurxxx, o  tym nie  myśl!
Jak  się  ten  burdel  zaczynał, to
tylko dzięki tobie wytrwałem! Teraz
ja  cię wspieram,  bo my  musimy tu
działać!  Nasze  życie  nie  należy
już do nas! Jesteśmy Łowcami MORTAL
KOMBAT.  - potarł  brodę i spojrzał
w dal  -  Jak  sądzisz?  Mamy jakąś
szansę  na przeżycie?  Pamiętasz tą
opowieść    Strykera...   Poprzedni
Łowcy       znalezieni      zostali
rozszarpani na strzępy.

Milczeli    długo.   Rozpamiętywali
dawne życie, redakcje...

Z odrętwienia   wyrwał   ich  krzyk
Chmielarza.  -   Chodźcie  tu!  Ale
już!!!    Spojrzeli     po    sobie
i pobiegli.  Drużyna "zakotwiczyła"
się na skraju miasta, w jedynym nie
zburzonym domostwie.  Gdy weszli do
pomieszczenia,     wszyscy    stali
chmurni  i w  ciszy wpatrywali  się
w ekran     NoteBook'a     wyjętego
z plecaka    Chmielarza.   NoteBook
miał     bezpośrednie    połączenie
z globalną  siecią.  Wicik siedział
z marsem  na  czole  mnąc  w ustach
przekleństwo.  Na  ekranie  dojrzeć
można  było  twarz  Kano.  Wojownik
przemawiał     spokojnie,     jakby
i ronicznie. - Witajcie, Wojownicy,
Łowcy  i  osoby  towarzyszące.  Jak
już pewnie wiecie,  mam gaz i Sonyę
- tu jego usta wygięły się w pewnym
grymasie - Pragnę poinformować was,
że czas finałowego otwarcia Portalu
zbliża  się nieuchronnie.  Ja i moi
koledzy  z BLACK  DRAGON oraz kilku
innych oczekujemy was... Transmisja
została     przerwana.     Jennifer
zaklęła.  Wicik  słyszał  już wiele
bluzgów, jednak  teraz zaczerwienił
się.

X X X


Arclon

  • Gość
Kombat Story
« Odpowiedź #20 dnia: 2005-06-08 (Śro), 13:17 »
A oto 1-wsze zdanie 5-tego wersu 306 strony 2-go Kompendium: "W 'Piotrusiu' przywitał mnie gwar rozmów i kłęby papierosowego dymu."

Mam tylko jedno pytanie - po jakiego grzyba wy to tu wklejacie (tudzież skanujecie)? :blink:
« Ostatnia zmiana: 2005-06-08 (Śro), 13:17 wysłana przez Arclon »

Offline Emill

  • +++
  • Wiadomości: 2 047
Kombat Story
« Odpowiedź #21 dnia: 2005-06-08 (Śro), 13:55 »
Dla przyszlych pokolen? :P

http://www.mgsonline.pl
Wkrótce Pomarańczowa Rewolucja wybuchnie na nowo!

Offline Danway

  • +
  • Wiadomości: 10
Kombat Story
« Odpowiedź #22 dnia: 2005-06-09 (Czw), 11:13 »
Ja się pomyliłem. Opowiadanie o MK3 było w KW1 a te opowiadania: m.in.  o autobusie, i "każdy z nas jest obcy" były w KW3.

Nawet dzisiaj czytałem to opowiadanie o MK3. Z tego, co tam napisał Gulash była to najlepsze opowiadanie w konkursie SS i CD-Projektu i autorem nie był żaden człowiek z redakcji!!
Śmierć nie nadchodzi w momencie opuszczenia przez najbliższych!!
http://forum.gazeta.pl/forum/71,1.html?f=16358 - forum D&P
http://forum.gazeta.pl/forum/71,1.html?f=21131 - Forum Secret Service.

Offline Sarlok

  • +
  • Wiadomości: 10
Kombat Story
« Odpowiedź #23 dnia: 2005-06-09 (Czw), 22:18 »
a masz może stare kompakty secreta (najlepiej od 41 w górę) tam powinno być kombat story

Offline Danway

  • +
  • Wiadomości: 10
Kombat Story
« Odpowiedź #24 dnia: 2005-06-10 (Pią), 19:43 »
Niestaty nie mam tych kompaktów, ale mam za to KW1. Jakbyś chciał to można to jakoś zeskanować, albo coś w tym stylu.

Śmierć nie nadchodzi w momencie opuszczenia przez najbliższych!!
http://forum.gazeta.pl/forum/71,1.html?f=16358 - forum D&P
http://forum.gazeta.pl/forum/71,1.html?f=21131 - Forum Secret Service.

Arclon

  • Gość
Kombat Story
« Odpowiedź #25 dnia: 2005-06-10 (Pią), 22:04 »
K****! Dobijacie mnie po prostu. Tak jak gościu już powiedział - TEGO NIE MA W ŻADNYM KOMPENDIUM. JEST NA STARYCH PŁYTACH SSa.
Kto posiadałby te płyty jest proszony o kontakt, tudzież udostępnienie tego Kombat Story czy jak to się tam zwie.

Offline Sarlok

  • +
  • Wiadomości: 10
Kombat Story
« Odpowiedź #26 dnia: 2005-06-10 (Pią), 23:41 »
Nie mógłbym tego lepiej ująć

Offline ornit

  • +
  • Wiadomości: 24
Kombat Story
« Odpowiedź #27 dnia: 2005-06-11 (Sob), 17:43 »



Part 4 - by GulasH

"ALL EYEZ ON MICZ"

- Pier...  się. Nigdzie  z tobą nie
idę. A tak w  ogóle, to mam w dupie
cały wasz  turniej. Pier.... MOTRAL
KOMBAT!      Rozumiesz,     cieciu?
P-I-E-R-D-O-L-E!!!     I     Kur..,
Stryker,   ciebie    też   pier...!
- zdenerwował się Gulash

Strykera  zatkało.  Wyglądał trochę
głupio,  w swoim  berecie zsuniętym
na czoło.

- Gulash,   stary,   zamknij   się!
Przecież  wskrzesili nas!  Dali nam
drugie życie! - krzyczał Mamut

- No to co?

- No   to,  kur..,   mogą  nam   je
zabrać!!!   -   Mamut  wypowiedział
straszną prawdę.

Górecki        spojrzał       nieco
zdezorientowany. Myśl ta skopała mu
nieco   przeżarte   przez   alkohol
i tabletki   XTC   dawane   każdemu
żołnierzowi półkule mózgowe.

- Te... Stryker -  Krzyknął - A jak
nie pójdziemy, to co?

- Raiden  się  wkur...,  i  tak was
załatwi   że...   -   reszta   słów
utonęła w huku wirników maszyn.

Gulash i Mamut  spojrzeli po sobie.
Górecki z  rezygnacją zwiesił głowę
"Kur...,   znowu   MORTAL  KOMBAT''
- pomyślał.   "Całe   życie  miałem
pełne tego  gówna, a teraz  shit is
real...fuck  dat..."   Spojrzał  na
Mamuta.    ,,Mały''    najwyraźniej
wydawał  się  być  zachwycony  całą
sytuacją.

- Gulash,  jesteśmy im  to winni...
- powiedział cicho, jakby niepewnie
Mamut.

- Stop fuckin'

- Gulash...

- Stop    fuckin',    bro!!!   Nic,
rozumiesz, kur... NIC nie jestem im
winny! Całą młodość  pisałem o tych
cieciach, to ONI,  kur... ONI, mają
u mnie dług wdzięczności. Beze mnie
nikt,  kur...  NIKT  nic  by o nich
w tym   kraju  nie   wiedział!  Nie
pier...   mi   tu   o   zasadach!!!
- ryknął, widząc,  że Mamut usiłuje
coś  powiedzieć  -  Słyszysz?!  Nie
pier...! Co ty  o życiu wiesz, co?!
Ile  ty  masz,  kur...,  lat?! Stop
fuckin', bro!

- Gulash!...       zamknij      się
- powiedział nagle  Matrinez - bądź
mężczyzną...

Gulash    zamknął    się.   Powiódł
wzrokiem po reszcie załogi...

- Dobra, kur..., cześć! Pier... to!
Zabiją   mnie,   moje   flaki  będą
włóczyć  po polu,  moja dusza nigdy
nie  trafi  do  nieba  a  moje jaja
nigdy  już  nie  zaznają  kobiecego
uścisku! Fuckin' Shit! Dobra Mamut,
idziemy!   Stryker,   lądujcie   na
brzegu!    -     ostatnie    zdanie
wykrzyczał  do   wychylonego  przez
cały czas Strykera.

* * *

- Nie  tak,   cieciu,  bardziej  od
dołu!

- Tak?

- Nie, kur..., pochyl się bardziej!

- Nie mogę już bardziej!

- Kur...,   powinieneś   chyba  być
aktorem   w   pornosach!   Wszystko
udawałeś!

- Gówno   prawda,  nie   znam  tego
stylu!

- Jak to, przecież kur.....

Siedząc   przy    ognisku,   Gulash
przysłuchiwał  się  okrzykom Mamuta
uczącego Johnny'ego Cage'a techniki
uppercuta.     Martinez     leniwie
skręcał  jointa,   reszta  słuchała
Chmielarza  grającego  na balisecie
żołnierskie piosenki.

-...Aaaaa   gdyby   taak   kuuuu...
jeszcze  jeden   raaaazz  -  ryknął
Chmielarz.

Zbroja i pancerz leżały obok niego,
ukazując owłosiony tors pieśniarza.
"Co  za owłosienie!  Zajebi..., też
bym  chciał''  Gulash  odwrócił się
nieco  na bok,  splunął i  pokręcił
głową.

- Mamut, zostaw go! Chodź, Martinez
ma coś dobrego - krzyknął.

Zaciekawiony hacker  zbliżył się do
ogniska.   Martinez   zrolował  już
blunta  i triumfalnie  uniósł go do
góry.

- To jak, zapalimy? Pogadamy sobie,
pośmiejemy   się    -   zachęcająco
spytał.  Mamut  dostrzegł  iskierkę
w jego  oku.  Iskierkę,  której nie
widział od bardzo dawna...

- Nooo...  stary,  dawaj  -  Gulash
rzucił się do przodu.

- Ja  tam nie  chcę. Muszę  jeszcze
dziś  poćwiczyć  -  Mamut  próbował
się wyłgać.

- Trudno,   leć   -   chłopaki  nie
przejęli    się     jego    odmową,
puszczając jointa w kółeczko.

Mamut oddalił się, przechodząc obok
Cage'a,  który  kręcąc  głową  stał
i zastanawiał się nad czymś.

- No ćwicz, kur..., na co czekasz?

Cage     zrobił     głupią    minę,
i posłusznie  wrócił   do  obijania
sosny.    Mamut     szedł    dalej,
zastanawiając  się  jak  można  być
takim  debilem.  ,,Głupi  jak każdy
Amerykanin''  -  uśmiechnął  się do
siebie,  przypominając  sobie frazę
często  słyszaną   z  ust  Gulasha.
Dotarł  do   małej  polanki,  gdzie
oddał się ćwiczeniom.

* * *

Gdy  wrócił,   prawie  wszyscy  już
spali. Jedynie  Chmielarz, Martinez
i Gulash  rozmawiali  cicho siedząc
przy  ognisku. Przystanął  i zaczął
nasłuchiwać.  "kur...,   po  co  ta
wojna...  nie mogłoby  tak być  bez
niej..." - pomyślał

-...no  i   miałem  wreszcie  ciszę
i spokój, tak jak  chciałem - mówił
Martinez  - mogłem  pisać tyle  ile
chciałem,  i  wydałem  nawet  kilka
książek   pod    pseudonimem   JOHN
ZABIYAKA...

- To ty napisałeś  "Śmierć i powrót
CornHolio???"  Zajebi...!!!  Stary,
pamiętam te  40-stronowe rozważania
CornHolia gdy  umierał... najlepsza
rzecz jaką  w życiu czytałem...albo
"CornHolio i  dziewczyna"... gdybym
wiedział  że  używasz  najstarszego
pseudonimu...a  tak myślałem  że to
jakiś koleś  gdzieś zobaczył ksywkę
i sobie
przywłaszczył...mam..eee..miałem na
półce wszystkie książki o CornHolio
- Gulash podniecił się.

- Dzięki  -   jak  zwykle  skromnie
odparł Martinez

- A ty, Chmielu  - Gulash spróbował
zrolować kolejnego jointa.

- Mamy  już czwórkę  dzieci z Rene,
siedzi  w  domu  i  pilnuje stadka,
hehe...   -    wyraz   zakłopotania
i miłości      wyglądał      trochę
śmiesznie, na tej pooranej bliznami
i spalonej przez słońce twarzy.

- W TYM domu? - zapytał Górecki

- Tak,   w  tym   o  którym  zawsze
mówiłem.  Basen,   sauna,  sala  do
ćwiczeń,  kino, biblioteka  i takie
tam... Wiesz, bro -- Meeega!

- Taaa! Stary, super! - zachwycił się Gulash

- Jedno moich dzieci ma na imię Ash
- Chmielarz  skurczył  się  w  swej
pozycji.

- Hę?  Stary, zajebiście  - Górecki
poczuł się półbogiem.

- A co u  ciebie? - zapytał Gulasha
Matrinez

- Nic  ciekawego... -  próbował się
wyłgać Gulash

- Opowiedz, tyle lat - nie dawał za
wygraną Martinez

- Stary, nic  ciekawego. Miałem dom
i dziewczynę, miałem  wózek i pracę
w redakcji...

- Jakiej  redakcji?...  -  Martinez
odebrał   Ashowi   marną   imitację
jednego   ze  swych   jakże  często
tworzonych dzieł.

- hehe...      HARDCORE     YUNKIES
- odparł śmiejąc się Gulash.

- HARDCORE  YUN...a co  to takiego?
- oczy szefa zabłysły.

- Heh, zawsze  mi brakowało takiego
pisma, no wiesz, jucha, mordobicia,
manga   i   gołe   babki.   Zdjęcia
z horrorów, z krwawych i brutalnych
gier,  z   obrzydliwych  japońskich
filmów i super-laski. Od lat 18.

- Łaaaał...-   Martineza   zatkało.
- Co tam robiłeś?

- red. nacz...

- Cooool, chłopie. A jaki nakład?

- 500 tys.  egzemplarzy miesięcznie
- Gulek   fachowo   zaciągnął  się.
Blunt miał lekko słonawy smak.

Martineza zatkało ponownie.

- Tak,   prenumerowałem   wszystkie
numery   -  odezwał   się  milczący
Chmielarz.  Doskonałe   pismo.  Nie
stary,    naprawdę    zrywa   kask.
Szczególnie   uwielbiałem   oglądać
zdjęcia z obrzydliwych horrorow, no
wiecie... flaki z brzucha itp.

- Dzięki,  bro  -  Gulash  skromnie
spuścił  wzrok. -  W chwili wybuchu
konfliktu   byłem   w   Japonii  na
targach  SEPPUKU,  gdzie wystawiają
najobrzydliwsze    z   obrzydliwych
filmów  rysunkowych  i  albumy. Gdy
wróciłem do  domu, ujrzałem jedynie
rozpieprzony  bajzel...  żeby  dużo
nie  mówić, wkur...  się i chciałem
strzelać  do  tych  cieciów  co  to
zrobili...  szkoda  Moniki... kur..
mać!

- Co się stało?

- Nic    nie    znaleziono,   chyba
zginęła  podczas   ataku.  FUUUUCK!
- Gulash zawył do księżyca.

- Może  żyje...   może  jest  gdzie
indziej... - próbował Chmielarz

- Może... - zasępił się Górecki

- Przykro    mi...    -    Martinez
zakłopotał się nieco.

- Aaa,  jestś  -  zobaczyli  Mamuta
- Już się zaczynaliśmy martwić.

- Przecież  nie  było  mnie chwilkę
- zdziwił się Mamut

- Cztery   godziny    -   spokojnie
powiedział   Chmielarz,  odbierając
skręta.

- Aż tyle? Wiesz,  bro -- ćwiczyłem
styl WU-TANG.

- To  wszystko  wyjaśnia  -  Gulash
wygodnie położył się na boku

- Co   wyjaśnia?   -   zdziwił  się
Martinez.

- Styl   WU-TANG   wymaga   długich
ćwiczeń     -     z    rozbrajającą
szczerością      rzekł      Gulash,
wpatrując się  rozmarzonym wzrokiem
w niebo.

- A  już myślałem  że wyjedziesz mi
tu   z  jakimś   ZEN  albo   teorią
buddyzmu...   -   rozczarował   się
Martinez

- Tak,  opowiedz   -  dołączył  się
Chmielarz

- Mamut,   jak  ci   się  chce   to
opowiedz  chłopakom   -  uśmiechnął
się Gulash.

- Dooobra,   bro.    Styl   WU-TANG
wywodzi    się    od   zbuntowanych
mnichów   z   klasztoru  Shaolin...
- zaczął Mamut.

Gulash   nie   słuchał,   znał   tę
historię  na  pamięć.  Położył  się
wygodnie  obok  ogniska  i  zamknął
oczy. Po chwili już spał.

* * *

- Dobra,    zrobimy    tak.   Część
oddziału poleci na  północ, a druga
część  na  wschód.   Gdy  ktoś  coś
zobaczy,   zawiadomimy   się  przez
radio  i   spotkamy  -  zadecydował
Stryker pochylając się nad mapą.

"Kur...,  ale mi  się chce lać...''
- pomyślał Gulash.  Skinął głową na
znak,    że     wszystko    rozumie
i pytająco spojrzał na Strykera

- No co, kur...?  - zdenerwował się
Stryker - przecież mówię jasno...

- Stryker...

- CO?!

- Muszę się odlać. - rzekł Górecki

Stryker     poczerwieniał.     Ktoś
zachichotał  nerwowo,  ktoś splunął
na ziemię.

- WYP...   -   wykrzyczał  Stryker.
Gulasha  już  nie  było,  a  gdy po
chwili   wrócił   zobaczył   Mamuta
rozmawiającego   z   resztą   byłej
redakcji Secret Service.

- ...nie  mogę na  to pozwolić,  to
nie  wasza  sprawa!  Sorry Gregory,
ale nie! - krzyczał Mamut

- Przestań gadać  głupoty, przecież
byliśmy  w jednej  redakcji! -  Wic
starał  się  przekonać  młodego  do
swoich racji

- Właśnie!     -     wtrącił    się
Korzeniewski - w jednej redakcji!

- Gulash,     lecimy     z    wami!
- zobaczyli Góreckiego.

Gulash uśmiechnął się.

- A  wy tam  kur... po  co? - rzekł
znienacka.

Wszystkich  zatkało.   Wic  nerwowo
podrapał    się    po   zarośniętej
szczęce,  a   Martinez  splunął  na
ziemię.

- Przecież  to  nie  wasza  sprawa.
Możecie  zginąć,   oni  kur...  nie
żartują...  Facet, sprawa  nie jest
błaha...   -   Gulash   starał  się
odwieść ich od tego pomysłu.

- No... pomożemy wam, i popilnujemy
was    -    Korzeń    znalazł   się
w sytuacji.

Mamut spojrzał pytająco na Gulasha.
Twarz   tego    drugiego   wyrażała
kompletną  dezaprobatę  dla chorego
jego zdaniem pomysłu.

- OK,   kur...  Kto   chce  lecieć?
- mruknął     Mamut,    poprawiając
kołnierz.

Byli redaktorzy  nerwowo rozglądali
się   wokół  siebie.   Wic,  Korzeń
i Martinez  bez  namysłu  podnieśli
ręce  do góry.  Chmielarz westchnął
i spojrzał  na   byłego  naczelnego
eSeSa.

- Wojować  się,  kur..., zachciało,
co?   -   powiedział   swym  głosem
mentora - Ech, kur... lecę z wami.

- Nie przeklinaj  - Martinez surowo
upomniał Legionistę.

- Berger  i   Pejotl  potrzebni  są
w sztabie, zaraz  po nich przylecą.
Pegaz    jest    ciężko    ranny...
- dopowiedział   Root-San.   Gulash
wzruszył    ramionami    w   geście
rezygnacji  -  Martinez,  jak twoje
żebro - zapytał

- W porządku,  ludzie Strykera dali
mi      całą      masę      środków
przeciwbólowych  i  opatrzyli  ranę
- odpowiedział Martinez.

- Dobra,     pakować     się     do
transportera. Obmyślimy wszystko po
drodze   -   Gulash   pogodził  się
z nowym pomysłem.

- Mamut, chodź na stronę - powiedział.

Odeszli na bok...

- Pamiętaj,  musimy  ich  pilnować.
W końcu   to    nasi   przyjaciele,
jesteśmy za nich odpowiedzialni...-
rzekł

- Mylisz  się. Każdy  człowiek jest
odpowiedzialny sam  za swoje czyny.
My  możemy jedynie  się starać, ale
nie      jesteśmy      za      nich
odpowiedzialni.  -   Mamut  po  raz
kolejny   zmusił    Góreckiego   do
namysłu.

- Eeeeee....co?     Acha,     racja
- Górecki   udał    że   zrozumiał.
- Dobra,   lecimy!   -  powiedział.
Udali   się  w   stronę  grzejącego
silniki transportera...

x x x -- IS  DIZ DA END? NO FUCKIN'
WAY!!!


Tylko nie marudzić, że wkleiłem a nie dałem linka do pliku. Cieszcie się z tego co macie, bo prócz wspomnień wiele już nie zostało <_<

Offline Sarlok

  • +
  • Wiadomości: 10
Kombat Story
« Odpowiedź #28 dnia: 2005-06-11 (Sob), 17:54 »
Dzięki stary o to mi właśnie chodziło jeszczę trochę i na tym forum skompletujemy całą historię. Tak trzymać

Arclon

  • Gość
Kombat Story
« Odpowiedź #29 dnia: 2005-06-11 (Sob), 22:57 »
Łeeee! Dlaczego wkleiłeś, a nie dałeś linka do pliku? <_<

Offline AloneMan

  • +
  • Wiadomości: 198
Kombat Story
« Odpowiedź #30 dnia: 2005-06-14 (Wto), 05:42 »
MORTAL KOMBAT ALTERNATIVE STORY

Part 1 - by Mamut

PROLOG

W roku 1999 wybuchł kolejny konflikt. Znowu posprzeczał się
Wschód z Zachodem i różne państwa opowiedziały się za różnymi
stronami. Polska za Zachodem. Wybuchła wojna na naprawdę dużą
skalę, miliony zginęły w ogniu... Marzenia wielu młodych ludzi
legły w gruzach, a jedynym zawodem stała się Śmierć...

---

Tajne zabudowania organizacji bojowej HUNT walczącej po stronie
Paktu (zachód) znajdowały się gdzieś daleko w Polsce, gdzieś w
okolicach Tatr, ale szczegółów nie zna prawie nikt. Ukryta na
dwa metry pod ziemią, stanowiła jednen z najbardziej wysunięty
na wschód posterunek. Zamieszkiwali go i regularni żołnierze
jak i najemnicy, którzy walczyli za astronomiczne sumy płacone
im przez rząd amerykański. Mieściły się w niej głównie lekkie
pojazdy bojowe, gdyż centralną funkcją bazy było komputerowe
szpiegowanie wrogiego rządu i jego poczynań.

Do tej właśnie bazy zmierzał śmigłowiec Dolphin, transportując
na swym pokładzie jednego z bardzo niewielu hackerów będących
po stronie "zachodu". Nazywany był przez większość MamuTem,
powodu nie znał chyba nawet on, ale mało kogo to teraz
interesowało. Podporucznik MamuT siedział skulony w fotelu
drugiego pilota, ze strachem w oczach wpatrując się w mknącą
pod helikopterem ziemię. Ubrany w pomarańczowy kombinezon
pierwszy pilot Dolphin'a uśmiechnął się bezczelnie i
powiedział:

- Nie bój się, przecież nas, kur**, nie rozwalę. Ogiński (czyli
MamuT) spojrzał na niego kwaśno.

- Streszczaj się z tą wycieczką, kur**, co?

...

W hangarze technicznym nr 5 śmigłowiec Westland Super Lynx stał
z "rozbebeszonym" silnkiem. Obok tego silnka klęczał porucznik
M. K. Górecki wycierając szmatką brudną kulkę od łożyska.
Sięgnął do teczki z narzędziami i wyciągnął jakieś cięższe.
Uśmiechnął się. Wykonał kilka nieskomplikowanych ruchów
narzędziem, pomajstrował nim chwilę w silnku i krzyknął:

- KaYtecK, odpal teraz!

W kabinie pilota zauważyć się dało jakiś ruch i silnik
zaiskrzył. Przez chwilę nic się nie działo, ale po nie-wczasie
z maszyny wydobywać zaczęły się niewiarygodne wprost ilości
dymu i pary. Silnik zaczął "pluć" iskrami i częściami różnych
śrubek lub też innego syf'u.

- Wyłącz, kur**, wyłącz to!!! - wrzasnął. - Kamil, wyłącz to!!!
Szyba w kabine pilota uniosła się i wyjrzał z niej Kayteck.

- No i nie działa!!! - odkrzyknął Kamil Mętrak. - Co za
lameria!!!

- No i co z tego?! - krzyknął Górecki, zwany także Gul-AsH'em.
- Musisz to jakoś wyłączyć!

- Fucking Shit! - Mętrak był wyraźnie zły. Uniósł nogę do góry
i z całej siły przykopał w tablicę rozdzielczą. Silnik
automatycznie wyłączył się. Gul-AsH uśmiechnął się.

- Łał... - mruknął.

Kamil przeczesał swe bujne włosy palcami i rozsiadł się
wygodniej w kabinie.

- Gulek, fajrant na dzisiaj. Już go chyba nie odpalimy.

- Rób co chcesz, ja idę po coś do picia. Przynieść ci?

- Aha, colę...

...

Marcin Kamil Górecki szedł swym spokojnym krokiem przez ciemne
korytarze bazy HUNT'U. Był wściekły i zmęczony. Pomyślał o
pewnej dziewczynie, którą poznał w Italii i uśmiechnął się.
"Kur**, gdybym wziął jej adres...." pomyślał wlokąc się wzdłuż
głównego lądowiska.

Nagle, tuż nad nim gwałtownie otwarła się główna śluza. "To te
cholerne ruskie" przemknęło mu przez głowę, a już biegł przez
środek platformy. Gdy był w połowie drogi, wykonał gwałtowny
skręt i przekoziołkował w ciemny koniec pomieszczenia.
Ćwiczonym setki razy ruchem wyciągnął z kabury broń i wycelował
w poszukiwaniu ewentualnego przeciwnka. Jego wełniany sweter w
barwach: niebieskiej, białej i pomarańczowej nie pomagał w
maskowaniu. Powoli na płycie lądowiska wylądował Dolphin i z
niewiarygodną wprost szybkością wyskoczył z niego jakiś chłopak
na oko około dwudziestki, mrucząc do siebie:

- o kurde......

Wtedy Gul-Ash rozpoznał go: nierówno włożona kurtka, pomięta
bluzka, rozbiegane oczy....

- MamuT, Aloha, człowiek, ile to już lat?

MamuT spojrzał na niego i dopiero po chwili rozpoznał w
zarośniętym Killerze wieloletniego przyjaciela i nauczyciela.

- Gul-Ash yer Boss, chłopie, myślałem, że zginąłeś!

Górecki rozłożył ręce w teatralnym geście.

- MamuT, złego licho nie bierze...Jesteś sam? Masz jakieś
News'y?

Zapytany zasępił się.

- Wiesz, jedyne co wiem, to to, co powiedział mi Waldi Nowak w
Nowym Orleanie. Martinez mieszka gdzieś w Quebecu i nie miesza
się do wojny, a Piot Pawłowicz Berger z Pejotlem dochapali się
wysokich stanowisk we władzach wojsk. Czy wiesz coś Wicu?

- Tak, jest w marynarce razem z Miczowiczem...

MamuT uśmiechnął się.

- Już bardziej myślałem, że Nez będzie mordował, a nie spokojny
Miczu...

- A ty to niby co?!

- Ja tu robię za hackera.

- Chodź lepiej ze mną. Kogoś muszę ci pokazać...

Nie przebyli czwartej części drogi, kiedy rozwrzeszczały się
syreny alarmowe. Gul-Ash warknął, chwycił MamuTa za rękę i
zaczęli szaleńczy bieg do hangaru z helikopterem.

- Jesteśmy zaatakowani! - krzyknął Górecki. - Spadamy stąd,
MamuT. Jeżeli nie chcesz dać ciała, to się pośpiesz!

Mimo całkiem niezłej kondycji fizycznej, już po chwili MamuT
nie mógł złapać oddechu.

- Kto? Kto nas, kur**, atakuje?! - warknął.

- Ruskie, MamuT, arabusy, cholera!!! Nie wiem!

W końcu dobiegli do rozległego hangaru, na którego środku stał
helikopter z otwartym silnikiem, w którym grzebał jakiś
mężczyzna z jasnymi włosami związanymi w kitkę. MamuT
oniemiał.

- KaYtecK, jak się cieszę, że cię widzę! KaYteck odwrócił się
nie przestając grzebać w silniku.

- Cześć, MamuT. Super, że cię widzę, ale jak widzisz nie mam
teraz zbyt dużo czasu... Gul-AsH, włącz wszystkie systemy,
MamuT, wsiadaj do tyłu i pozbieraj te pakunki. Chłopaki,
spadamy stąd!

Zmęczona atakami wrogich wojsk baza wyleciała w powietrze. Łuna
ognia widoczna była na pięć kilometrów od miejsca wybuchu. Nie
znaleziono poszukiwanych żołnierzy, mieszkańcy bazy
zakfalifikowani zostali do M.I.A., zaginiony w akcji......

...

Osmolony po bokach śmigłowiec Westland Super Lynx leciał
niezgrabnie nad trawiastym stepem. Siedzący w fotelu drugiego
pilota Górecki myślał mętnie o wydarzeniach ostatnich lat.
Przez głowę przemykały mu różne obrazy, atak szturmowców na
miejsce jego pracy, ucieczka z transportera, w końcu
zakotwiczenie się w wojsku. Nigdy nie lubił tej "firmy", a
jednak w niej pracował.

KaYtecK podrapał się w swój kilkudniowy zarost, tworzący teraz
małą brodę. Spojrzał na przyrządy pomiarowe, potem na
współpasażerów. Tworzyli antagonistyczną parę. Rozłożony w
fotelu Górecki i nerwowo patrzący na boki MamuT. Mimo, iż sam
KaYtecK również był spokojny, mimo, że pokładał duże nadzieje w
możliwościach maszyny, to gdy Gul-AsH zaproponował mu
papierosa, nie odmówił...

Nagle z helikopterem zaczęło dziać się coś dziwnego. Przyrządy
pomiarowe zaczęły wariować i śmigłowiec runął jak kamień w dół.
MamuT złapał się rozpaczliwie fotela Góreckiego i spojrzał z
trwogą w dół. Nie lecieli, co prawda na dużej wysokości, ale
Mętrak wydał z siebie zduszony jęk.

- Panowie, kur**, do zobaczenia w piekle...

...

Ciemność....

...

Gul-Ash otworzył niepewnie jedno oko. Widział przed sobą
stłuczoną szybę kabiny pilota i trawę za nią. "No super!"
pomyślał z goryczą, gdy stwierdził, iż ma rozciętą wargę i
podbite oko. Trzęsąc się, uniósł głowę i jęknął. Wszystko go
bolało. "Przynajmniej żyję...
.....ooooooch!!!"

MamuT ocknął się, gdy zorientował się, że coś twardego leży na
jego klatce piersiowej. To był KaYtecK. Był nieprzytomny, ale
żył. Miał rozcięty łuk brwiowy. Po chwili otworzył oczy i
zwlókł się z Ogińskiego.

Po dłuższej chwili oraz po gorliwych pertraktacjach, MamuT
zdecydował się na wyjście ze szczątków śmigłowca. Nie wziął
broni. Chwiejąc się i rozcierając stłuczony łokieć przeszedł
dziesięć metrów. W końcu wychwycił kątem oka jakiś ruch w
pobliżu grupki skał leżącej nie opodal. Po chwili leżał
przygwożdżony do ziemi przez jakiegoś osiłka w zielonej,
postrzępionej podkoszulce. Ów cieć trzymał przed jego głową
dośc spory pistolet z zamiarem odstrzelenia Ogińskiemu łba.

- Ha!!! Jam jest Dreadlock, rozumiesz?! A ty będziesz trup!!!
MamuT poczuł, że zaczyna się pocić. Wiedział, iż nadchodzi jego
koniec...

....

Gul-Ash biegł na złamanie karku za pędzącym przed nim
KaYtecK'iem. Obaj trzymali w dłoniach odbezpieczone lasery i
trzymali głowy jak najniżej, by nowy znajomy MamuTa nie zrobił
im z głów befsztyków. W końcu rozdzielili się, a GuleK zajął
miejsce oddalone o pięć metrów od gościa masakrującego MamuTa.
Wycelował i spojrzał na KaYtecK'a, który dawał mu jakieś
niezrozumiałe znaki dłonią.

Gul-Ash usłyszał zdanie wypowiadane przez "killera":

- ...Dreadlock, rozumiesz?! A ty będziesz trup!!!

KaYtecK uniósł do góry broń i warknął donośnie:

- Nie sądzę, Dread...

Jak na komendę oba lasery wystrzeliły.

W tym samym momencie z przeciwnej strony dolinki przeleciały
trzy wiązki laserowe trafiając na pastnka w plecy. Z twarzy
Dreadlocka zrobiło się sitko.

Maciek Ogiński, zwany także MamuTem leżał na ziemi trzęsąc się
i z szeroko rozwartymi oczami wpatrywał się w poszatkowane
zwłoki człowieka, który chciał go właśnie zabić. Podobnie jak z
MamuTem było także i z KaYteck'iem i Gul-AsH'em. Obaj trzęśli
się i klęli ordynarnie. Po chwili zobaczyli trójkę osób
zbliżającą się do nich. Góreckiemu opadła kopara. Ta trójka
wydawała mu się znajoma. Cholernie znajoma...

- O, kur**... - szepnął.

Ujrzał roześmianego blondyna w baseballówce założonej do tyłu i
niebieskobiałej podkoszulce. Czarne spodnie i wysokie buty, do
tego kabury na pistolety, prawie wszędzie miał gun'y.

- Stryker... - GulAsH usiłował przybrać inteligentny wyraz
twarzy.

W środku grupy szła kobieta. Piękna blondynka w obcisłym
zielonym kostiumie i białych NIKE'ach. Jej bujne, jasne włosy
powstrzymywała przed opadaniem na oczy mczarna opaska.
Ślicznie.

- Sonya Blade, jeśli ujrzę, w morde, Raydena, to ocipieję... -
podsumował Ash. Pochód kończył efektownie umięśniony murzyn,
mający zamiast rąk jakieś biologiczne implanty. Dalszy opis nie
był konieczny...

- Jackson Briggs, Jax, kur**!... - Gul-AsH nie wyrabiał. -
Kur** Mać! Kur**!!! Co tu się, kur*, dzieje?! MamuT, czy ty
wiesz co tu się, kur*, wyprawia?!!

MamuT, podtrzymywany przez równie trzęsącego się KaYtecK'a
zcierał z siebie wnętrzności Dreadlocka. Niepewnie zaprzeczył
głową. Mętrak był równie zaskoczony co Ogiński i Górecki.

- Pójdziecie z nami, renegaci... - Striker splunął zielonkawą
flegmą.

- Jesteście podejrzani o pomoc w ucieczce Kano'a. - dodała
Blade, splatając swe umięśnione ręce na piersiach.

Twarz Góreckiego przybrała kolor dojrzałego pomidora lub
buraka.

- Jak to, chwila! Jak to, kur**, co? Jak to, Kamil, w morde!
Jak to?! Kur**!!! My go przecież, my tego suckera na oczy nie
widzieliśmy! Cholera, kur** żesz w dupe kopana! No KaYtecK,
czemu, kur**, nic nie mówisz?!

Jednak KaYtecK nie zdążył nic powiedzieć, gdyż stalowa ręka
Jax'a uniosła Marcina Kamila w powietrze. Żelazne palce
zacisnęły się na jego swetrze z taką siłą, że aż zatrzeszczały
żelazne stawy.

- Zajeb***, - mruknął Jax. - jeśli jeszcze raz odezwiesz się
tak do Sonii, to cię zaje**. - wargi murzuna ułożyły się w
ostatnie zdanie. - Szybko i pewnie... Pstryk.

...

Popychani i obrażani szli poprzez kompleks baraków oddalonych
od miejsca crash'u o jakieś pięć kilometrów. W wyniku długich i
żmudnych pertraktacji udało się w końcu przekonać "grupkę
przyjaciół" o niewinności Gul-AsH'a, KaYtecK'a i MamuTa.

W końcu mogli wygodnie rozsiąść się na krzesłach i poskładać
fakty do kupy. Sonya opowiedziała im o ponownym otwarciu
Portalu przez Shao-Kahn'a i jego przydupasa Shang-Tsung'a.
Dowiedzieli się o nowej, upiornej żonie Kahn'a - Lanfear
mogącej odbierać dusze jeszcze ciekawiej od Kahn'a i Tsung'a...
Celem grupy było uniemożliwienie dotarcia Kano'a do Portalu.
Miał nastąpić wtedy kolejny, czwatry już turniej MORTAL
KOMBAT...

Ponure opowieści Blade przerwane zostały przez gwałtowne
wejście rzężącego Kabala. Był cały osmalony, a jedna z jego
rurek tlenowych została rozerwana. Striker podniósł się
gwałtownie i zajął się zmasakrowanym kolegą.

- Co się stało, Kabal, powiedz, to mu zaje***! - uderzył
pięściami o stół Jax. Stół nie wytrzymał i trzasnął.

Kabal podniósł dłoń w czarnej, skórzanej rękawiczce i
straszliwie wychrypiał:

- ..Echh... - zakaszlał. - Sub...Zero, ... i Scor.. Scorp..
ion... przeszli na stronę .... Ech..Echu, Achcha!!... Ostrożnie
Strike... er z tą... rurką.. na stronę Shao-Kahn'a.... Są
niedaleko stąd. Zniszczyłem...Cyraxa, albo Sektora...Nnnie
wiem, ten drugi... smagnął mnie ogniem.... Night...NightWolf
niedługo dołączy do nas.... Jest..., jest między wymiarami.
Teraz muszę odpocząć...

- Jak tylko dołączy Nightwolf, ruszamy. - zarządziła Sonya. -
Teraz już nic nie zrobimy. Chodźmy spać...

...

- A jednak ruszacie z nami, renegaci? - spytał Striker,
podwiązując brezentową płachtę robiącą za dach transportera.

Był to dość spory transporter, metalicznie lśniący w porannym
słońcu. Gąsienice grzęzły lekko w stepowym piachu. Na przodzie
siedział legendarny Nightwolf, indiański szaman rozmawiający o
czymś cicho z byłym gwiazdorem filmowym, Johnnym Cage'em...

W końcu wyruszyli, jednak Gul-Ash, MamuT i KaYtecK pozostali
pod czujnym okiem Jax'a i Kabal'a. Sonya Blade stała dumnie
wyprostowana na przodzie pojazdu demonstrując swą wyższość nad
siedzącymi w tyle mężczyznami. To szczególnie wnerwiło MamuTa.
Górecki zastanawiał się nad faktem zjawienia się w jego realnym
świecie wojowników z, w końcu, gry komputerowej. Nic sensownego
nie przyszło mu do głowy, więc zarzucił swe przemyślenia.

...

Łysy jak kolano przestępca Kano spojrzał ze ponurą satysfakcją
na zwłoki kobiety, którą przed chwilą zgwałcił. Stwierdził, iż
niewątpliwie była ładna. Ładna, ale głupia. Teraz nie była już
atrakcyjna, gdyż nie miała głowy. Kano sprawdził swój rewolwer,
z którego odstrzelił Kitanie łeb. "Pomyśleć, że dała się tak
łatwo zaskoczyć." pomyślał Łysy.

Jego ponure rozmyślania przerwał chrapliwy krzyk Scorpiona.
Jego głos dochodził z wnętrza transportera, dodatkowo
potęgowany przez stalową maskę, kryjącą dolną połowę twarzy.

- Kano, zbieraj Sub'a i spadamy stąd! Widzę, że ta kur** Blade
z kumplami jedzie za nami!!!

Kano uśmiechnął się, a jego diamentowe oko błysnęło
złowieszczo.

- Sub-Zero!!! Sektor, Smoke!!! Chodźcie, zaraz nastąpi walka,
którą zamierzam wygrać!!!

...

- O, kur**... - szepnął słabo KaYtecK, widząc ogromny,
pulsujący portal wyrastający na tle granatowego nieba.

Zerwał się gwałtowny, złowieszczy wiatr przeszywając wszystkich
do szpiku kości.

- Czemu wziąłem te podarte spodnie? - pieklił się Górecki.

Sonya spojrzała na "renegatów" krytycznie.

- Nie przyjechaliście tu na pogawędki, fajansiarze...

- Okay, okay! - MC MamuT uniósł w górę ręce. - Luzik, panno
Blade... Sońka patrzyła na nich bardziej zdegustowana niż
przed minutą.

- Teraz cicho. Zaczyna się party.

...

Przy dzikich wrzaskach i z fanatyczną wręcz determinacją
zbiegli po ścianach wzgórza. Ku ich bezgranicznemej rozpaczy
nie zaskoczyli grupy Kano'a. Gul-AsH jęknął cicho. MamuT
wytrzeszczył oczy, a KaYtecK zaklął ordynarnie. Jednak Sonya,
Jax, Striker oraz Nightwolf i Cage nie zrazili się tym i już po
chwili wyprzedzili "renegatów".

...

Sub-Zero poczuł, że robi się gorąco, gdy ujrzał pędzących na
niego pięciu wojowników z wyraźnym zamiarem ubicia go.

- Sekt, wyciągaj miotacz ognia. - polecił mechanicznie
cyborgowi stojącemu obok. " O, ironio!" pomyślał Zero.
"Jeszcze niedawno chciał mnie zabić! A teraz mnie broni..."

Przed Sub-Zerem stanęli: Smoke oraz Sektor w pozycjach bojowch.
Doskoczyli do nich: Jax i Striker.

Zaczęła się rzeź......

...

Sonya Blade lecąc kilka metrów nad ziemią wysunęła do przodu
nogę, posyłając Kano'a na ziemię. Jej wróg runął na ziemię,
wzbijając w powietrze tumany kurzu. Po krótkim czasie Kano
podniósł się, a z jego ust ciekła wąska strużka krwi. Mimo to
uśmiechał się. Nagle z niewiarygodną wprost szybkością Kano
uniósł się w powietrze, wykonując efektywny KanoBall.
Przeleciał w jej stronę, popychając ją mocno. Impet uderzenia
był tak duży, że Sonya runęła na ziemię, a ciężar przestępcy
wypuścił całe powietrze z jej płuc. Szybką serią ciosów
pozbawił ją przytomności.

Reptile spojrzał na słaniającego się Nightwolf'a. Stary
Indianin wyglądał jakby potrącił go pociąg. Reptile uśmiechnął
się pod stalową maską. Z dziką radością obserwował jak ślady po
jego Flegmie znaczyły na torsie Wolf'a wypalone wzory.

- Czas na ciebie, Wolf'ie.... - rzucił ninja w zielonoczarnym
kostiumie.

Zrzucił stalową maskę i majestatycznie podszedł do Indianina.
Twarz jego zamieniła się w olbrzymi jeszczurzy pysk.
Uaktywniona pierwotna magia pozwoliła by Reptile pożarł głowę
swego wroga.

Mocny cios Cage'a zwalił Milennę z nóg. Kobieta wrzasnęła,
tocząc się po ziemi. Jeszcze nim wstała, wyciągnęła swe
sztylety, poobracała nimi trochę w dłoniach i skoczyła w stronę
Johnny'iego. Ten uchylił się, jednak jeden ze sztyletów
napastniczki utkwił głęboko w jego boku. Ziemię obficie zrosiła
krew aktora, a on sam zatoczył sięw prawo. Kątem oka zobaczył
jakiś ruch z tyłu. Odwrócił się na tyle szybko, na ile
pozwalała mu na to krwawiąca rana i ujrzał.... belkę lodu
lecącą wprost na niego. Próbował odskoczyć, ale było za późno.
Poczuł, że zamarza....

- Dawaj go z prawej... - powiedział cicho Striker, okrążając
dymiącego cyborga. Brodził po kostki w oleju, smarze i
zniszczonych mechanizmach. Bacznie obserwował Sektora, jednego
z pierwszych projektów klanu LIN KUEI. W końcu obaj skoczyli,
Jax i Striker, chwytając robota w "kleszcze". Ten szybko
odzyskał "przytomność", jednak niedość szybko. Striker
schwycił go za ręce, unieruchamiając go na chwilę, co pozwoliło
Briggs'owi szybkie zmienienie głowy cyborga w express do kawy.
Głowa Sektora "wyrzuciła" z siebie niesamowite ilości oleju.
Striker ze stoickim spokojem podłączył do ciała robota kilka
ładunków wybuchowych. Sektor spojrzał na nich na tyle
triumfalnie, na ile może to zrobić bezduszny robot pozbawiony
połowy "twarzy". Striker spojrzał z trwogą na nadgarstek
cyborga.

- Spier***, Striker!!! - wrzasnął Briggs. - Ten skur**
uaktywnił systemy samozniszczenia! Zaraz go wyje*** w
powietrze!!!

Skoczyli w lewo, ledwo unikając fali ognia, którą wyzwolił z
siebie Sektor.

- Przynajmniej odszedł tam, gdzie jego kumple... - stwierdził
Striker.

- Chodź, czas umierać, Tsung.... - rzekł Kabal, poprawiając
skórzane rękawiczki. Jego ofiara stała obok portalu, oczekując
nadejścia armii jego Pana. Shang Tsung uważnie obejrzał
kroczącego w jego stronę wojownika. Całą jego twarz okrywały
maska tlenowa, gogle oraz inne instrumenty podtrzymujące jego
funkcje życiowe. Na ramionach spoczywały rurki prowadzące tlen
do zniszczonych płuc Kabal'a. Miał na sobie luźną, miejscami
podartą kurtkę i brązowe spodnie. Podeszwy butów wojownika
chrzęściły na żwirze ścielącym ścieżkę prowadzącym do portalu z
Zaświatów.

Tsung wymamrotał antyczne zaklęcie, a z jego palców wystrzeliły
jasne, płonące żywym ogniem czaszki. Z miejsca okrążyły Kabala
przypalając jego ciało okrutnie. Kabal ugiął się pod naporem
palących pocisków, jednak już po chwili skoczył do Shang
Tsung'a. Wykonał szybki półobrót i podwójnie przykopał w twarz
Tsung'a. Gdy ten padł na ziemię, podniósł go za jego długie
włosy i z całej siły uderzył Shanga w podbródek. Bryzgnęła
krew, a Tsung poleciał w powietrze. Nagle, końskie kopyto
pozbawiło Kabala równowagi oraz częściowo świadomości, a już po
chwili ujrzał przed sobą prawdziwego Centaura! Jego twarz
wykrzywiał grymas wściekłości, a wargi potwora ułożyły się w
wypowiedziane słowa:

- Dorwę cię i zaniosę memu panu, Shao Kahn'owi. Będę jadł twe
serce, gdy mój pan pożre twą duszę!

Kabal zadrżał i resztką sił przeturlał się jak najdalej od
morderczego centaura majestatycznie wyłaniającego się z wrót
portalu. Panicznie ruszył w stronę Tsunga i rozpaczliwie cisnął
nim w centaura. "To już koniec." pomyślał ponuro.

...

Renegaci wpatrywali się z rozszerzonymi oczyma w smutną scenę
brutalnej, desperackiej walki. Bryzgającą krew, latające
członki wzbudziły w Gul-AsH'u mocno mieszane uczucia. Doskonale
pamiętał jak mordował na komputerze, równie jasno rysowały mu
się inne wspomnienia.

"Pamiętaj, MamuT, na Kahn'a nie działa wyrywanie rąk."
cierpliwie tłumaczył młodszemu koledze. " Jak grasz z kumplem,
daj mu wygrać. Zobaczysz jak się cieszy. Wtedy strzel mu
miażdżący tekst: JESTEŚ CIENKI JAK MAZOWSZE..."

- Musimy im pomóc, rozumiesz? Biegniesz ze mną?! ... Tak? To
chodź!!!

- No to nie pieprz i chodź!!!

Ruszyli.

...

Mętrak szedł sztywno, z otwartą gębą wpatrując się w "boską"
istotę kiwającą na niego palcem. Była naprawdę piękna. Podeszła
do niego, kusząco kręcąc biodrami. Nie odzywała się. Była o pół
głowy wyższa od KaYtecK'a, jednak Mętrak poczuł miłe mrowienie
pleców, koniuszków palców i innych części ciała. Kobieta
obeszła go oglądając z zainteresowaniem. Delikatnie położyła
dłoń na czole Kamila. Poczuł, że dzieje się z nim coś dziwnego.
Coraz mniej słyszał własne myśli i czuł własne ciało. Świat
zawirował przed jego oczyma. Zaczynał widzieć podwójnie. Nagle
zorientował się, że poznaje srebrnooką kobietę dotykającą jego
twarzy. Było mu duszno i zbierało mu się na wymioty. Siłą woli
odwrócił wzrok i ujrzał purpurowy portal, właściwie dwa
portale. Ledwo zebrał siły na to by słabo jęknąć.

- Lanfear... - powiedział.

MamuT wybił się z pleców Gul-AsH'a i skoczył na Kano'a. Udało
mu się go zaskoczyć. Kano wpatrywał się właśnie w pulsujący
portal prowadzący do Zaświatów. Wiatr dął tak wielki, że długie
włosy Ogińskiego zachodziły mu na oczy. Łysy skoczył do góry,
chwytając MamuTa w powietrzu. Bez większego trudu uniósł go nad
głowę i z impetem rzucił na ziemię. Gdy ten podnosił się, Kano
zaśmiał się tak głośno, że aż nabrzmiały żyły na jego głowie.
Wojownik spojrzał na przeciwnika i nadal śmiejąc się
tryumfalnie, wyciągnął "KOSĘ". MamuT wytrzeszczył gały, oko
przeciwnika zalśniło złowieszczo. Rzucił.

Ból! Przeszywający jego wszystkie organy, sięgający do trzewi,
do wnętrza duszy! To była jedyna rzecz, którą czuł Górecki. W
okolicach brzucha wykwitała szkarłatna plama z której środka
wystawał ohydny, odrażający kawałek stali. Gul-AsH stał na
lekko ugiętych nogach, nadal nie mogąc uwierzyć w to co się
stało przed chwilą. Wtem ciałem Gulka szarpnęło i jakaś
niewiarygodna siła przeciągnęła go do tyłu. Nie był pewien, ale
odnosił wrażenie, iż słyszy ostry głos mówiący coś w stylu GET
OVER HERE!

Upadł. Z jego ust ciekła wąska strużka krwi. Kątem oka ujrzał
jakiś ciemny kształt posuwający się w jego stronę.

Zerwał się wiatr jeszcze gwałtowniejszy, a z ołowianych chmur
wypłynęły wielkie krople deszczu.

...

Górecki odwrócił głowę w stronę czołgającego się do niego
kolegi.

- HH-Hej, MC...... ten -ech!- skur*** Scorpion.... trafił mnie,
kur**! Mnie! Ja, ech... J-ja jestem niezwyciężony!....
Kur**.... Pier**** życie!.... Kur**, postać z gry komputerowej!
Ku.... no żesz kur** mać! Ja, ja krwawię, pier*** to! Ja zawsze
chciałem.... jjja kur**, chciałem zawsze chciałem... pracować w
pieprzonym biurze... Kombat... kur**, KombaT Korner.... Pisać w
Secret Service... Martinez... Kur**! - do oczu napłynęly mu
grube łzy.

MamuT spojrzał na niego z powątpiewaniem.

- Nnie rozumiem, to jest nierealne.... Jednocześnie takie
prawdziwe! - dotknął przecinającej jego bok podłużnej rany. -
Posłuchaj, kur**, przegraliśmy...

- Pier*** to....

- Zaraz umrę....

- Kur**....

Obok nich przebiegły dwie postacie. Obaj bardzo umięśnieni i
sprawni.

- Pośpiesz się, Kano. Chcę być tam przy wejściu Kahn'a.

- Racja, mam dla niego dar. Piękna Sonya Blade.

...

Była to najtragiczniejsza bitwa w historii całej ludzkości.
Ponadto stanowiła początek Nowej Ery. Ery Wojny i Turnieju
Mortal Kombat. Ery strachu, zwątpienia i przepowiadanych już
wcześniej przez Nostradamusa katastrof.

Jednakże w martwych ciałach Renegatów zaczęło się coś rodzić.
Na nowo...

...ciąg dalszy nastąpi...

Offline AloneMan

  • +
  • Wiadomości: 198
Kombat Story
« Odpowiedź #31 dnia: 2005-06-14 (Wto), 05:42 »



Part 2 - by Mamut

Ocknął  się  czując  w  ustach smak
zakrzepłej   krwi   i   odrętwienie
w stawach,       a      szczególnie
w nadgarstkach.     Przed    oczyma
widział    zlepione     w    strąki
przetłuszczone od brudu włosy. Jego
wzrok  rozmywał  się  i  dopiero po
kilku    gwałtownych   mrugnięciach
ujrzał   wyraźnie   swe  położenie.
Siedział w mokrym  i ciemnym lochu,
przykuty   łańcuchem   do   ściany.
Dokonał oględzin samego siebie i po
prostu  oniemiał.  Podarte  spodnie
nie   wywarły   na   nim  większego
wrażenia, gdyż miał je na sobie gdy
wychodził    z    domu.    To    co
spowodowało   kilkukrotne   odbicie
się  jego szczęki  od posadzki było
pomarańczowo-biało-niebieskie.
Sweter.  Jego sweter.  A dokładniej
ta   część  swetra,   która  zwykle
przykrywała  mostek.  Widniała  tam
pokaźnych     rozmiarów     dziura,
obrzeża   jej   były  okrwawione...
Wtedy  wszystko  sobie przypomniał:
Dreadlock,  potem Kano  i Scorpion.
Tak, chwila,  pomyślał, powiniennem
być martwy!

- Shit! - warknął.

- Uspokuj  się, Ash...  - usłyszał.
Odwrócił  się  w  stronę,  z której
dobiegł  głos.  Siedział  tam ktoś,
Gulash   nie  rozpoznał   go,  gdyż
postać ukryta była w cieniu.

- Nie   chcę  spokoju!   -  odparł,
zdziwiony tak  szorstkim brzmieniem
własnego   głosu.    -   Chcę   się
dowiedzieć   czemu   żyję!   Postać
w cieniu nieznacznie poruszyła się.

- Ash... Sam się temu dziwię...

- Kim ty, k..., jesteś?! Co?! Gdzie
jest KaYteck i Mamut? A w ogóle to,
ku... co się tu, kur..., dzieje?!!!
I kimże  ty  jesteś?!  I  gdzie oni
są?!   -  wybuchł   Gulash.  -   Ja
powiniennem być  martwy! Widzisz to
co  mam  na  piersi?!  Oprócz  tego
powinien być tam  kur... duży otwór
z hektolitrami  krwi w  środku! Czy
ty  wiesz czym  ja oberwałem?! Omal
się nie zesrałem z  bólu! - już nie
mógł  powstrzymać  łez.  -  Czy  ty
wiesz co ja przeżyłem? Boże, ja...

- Wiem   co  się   stało,  sam  się
dziwię,  że to  przeżyłem. Wiem, że
mnie nie widzisz, ale to ja, stary.
Sam czuję  się wstrząśnięty... mimo
mej  rany  żyję...  Nie  ma po niej
śladu... - odparł ten w cieniu.

Nagle    grube,     dębowe    drzwi
otworzyły   się   z  przeszywającym
skrzypieniem   i   stanął   w  nich
długowłosy,  siwy   mężczyzna.  Był
wysoki,   jednak  nie   rzucał  się
w oczy.   Powodem  było   być  może
stare,     poszarpane,     brunatne
ubranie,  lub też  rondo słomkowego
kapelusza rzucające głęboki cień na
jego twarz.

- O  Fuckin'  Godness...  -  jęknął
słabo Mamut.

GulAsh  cofnął  się  mimowolnie  do
ściany.

- Witajcie,            wojownicy...
- powiedział   lekko  zachrypniętym
głosem przybysz.

- Wypieprzaj stąd, ale już! Mów nam
co tu robimy! - warknął Gul-AsH.

- Pan  Górecki,  jak  sądzę?  Witam
panów. - tu skłonił lekko głowę.
- Panie Ogiński,  Górecki... Jestem
lord Rayden.

- O   Boże...  -   jęknął  ponownie
Mamut.

Gulash był na to przygotowany.

- Lordzie    Rayden,    -    zaczął
z szacunkiem  Ash.  -  Czy  mógłbyś
uwolnić nas i  powiedzieć co tu się
dzieje?

Rayden jakby  wyrwany z zamyślenia,
zaklaskał dwa razy.  Ucisk w rękach
szybko zelżał, a  po chwili zniknął
zupełnie.

- Co  do   krępujących  was  więzów
to...  -  powiedział  z  wysiłkiem.
- ...  Musicie wiedzieć,  że to, że
żyjecie  kosztowało   mnie  i  mego
wieloletniego  przyjaciela  Mobiusa
wiele   trudu.   Ciągłe  negocjacje
z czarnoksiężnikami     Outworld'u,
formularze i w ogóle...

- Mobius?        -        powtórzył
z powątpiewaniem "Młody".

- Gdzie  jest   KaYteck?  -  spytał
GulAsH mierząc  Rayden'a morderczym
wzrokiem.

W oczach  Raydena  błysnęła  czysta
moc elektryczna.

- Mobius,  powiadasz?  ...  To  bóg
handlu  i  kupców,  a  także patron
złodziei...  Mówiłem,   że  to  mój
serdeczny             przyjaciel...
- - mieszał Rayden.

- GDZIE  JEST KAYTECK?  - powtórzył
z naciskiem Górecki.

Rayden spuścił wzrok.

- Jego   niestey   nie   udało  się
uratować...

- Co?! - krzyknął Gul.

- Jego dusza  zabrana została przez
Lanfear,  a ona  jest zbyt silna...
- zaczął   lord  Rayden,   ale  nie
skończył,  gdyż  AsH  doskoczył  do
niego i chwycił go za kołnierz.

- Jak to?!  Jak to, kur...,  on nie
żyje?   -  spytał   go,  z   oczyma
utkwionymi w twarzy boga piorunów.

Doskoczył     do     nich    Mamut,
rozpaczliwie   próbując  rozdzielić
siłujących się mężczyzn.

- Ash,   uspokuj   się   do  kur...
nędzy!   Jeżeli    udało   mu   się
przywrócić  nas do  życia, a Kamila
nie,  to  znaczy,  że  było to zbyt
trudne!

Gulash    nie    spuszczał   wzroku
z Rayden'a.

- Kur...    -    wysyczał   poprzez
zaciśnięte  zęby.  -  Kur...  Suka,
tępa ci...!  Rayden, czemu? Powiedz
czemu?     FUUUUUUUUCK!!!     Mamut
schwycił Gulasha za ramię.

- Gul, kur..., uspokuj się!

M.   K.    Górecki   odwrócił   się
w stronę  Ogińskiego i  wrzasnął mu
w twarz:

- Odpier...   się!!!   Dobra?!   Po
prostu odpier... się, muthafucka!!!

Teraz to Mamut  chwycił Gul-AsHa za
kołnierz.

- Sam  się odpier...!  Odje..ło ci,
czy coś?! Oczy ci pi... zarosły!

- Son-of-bith! - warknął Górecki.

- Muthafucka!!! - nie pozostawał mu
dłużny Ogiński.

- Knucklehead!!

- Fuckin' piece o' shit!!

- Assmunch!!

- GulAsh,  poje...  jeden!  KaYteck
nie  żyje,   ale  nic  na   to  nie
poradzimy! Posłuchaj  mnie! - otarł
przedramieniem  oczy.  -  Wiem,  że
był  twoim  kumplem!  Nożesz kur...
słuchaj mnie! Był też moim kumplem!

- Wiesz co? Masz  nawalone we łbie!
Zawsze miałeś, cholerna mąciwoda!

---

Wzięli się za łby.

Milczący  dotąd   Rayden  wymruczał
jakieś pradawne zaklęcie,  a z jego
palców  wytrysnęły  wiązki energii.
Oplotły  one  walczących  i cisnęły
nimi o  ścianę. Rozmasowali obolałe
miejsca  i  mruknęli  sobie krótkie
"Sorry" i "Przepraszam".

- Teraz mnie  słuchajcie. - warknął
władczo   Rayden.  -   Oto  wiedza,
którą     niezbędnie    powinniście
posiadać.   Czwarty   turniej   nie
odbył  się.  Z  tego  co wiem, Shao
Kahn  przeżywa pewien  kryzys, a co
za   tym  idzie   całe  jego   siły
przeżywają  kryzys.   Dwa  tygodnie
temu  Portal został  uszkodzony. Na
szczęście dla nas, inwazja zostanie
opóźniona...     Imperator     Kahn
wstrzymuje   się,    ale   nie   na
długo...       Zdobyliście      już
wystarczające   doświadczenie,   by
wspomagać  OBROŃCÓW  Ziemii.  Teraz
przeniosę   was   na   Ziemię,   do
waszych... prawdziwych ciał.

- Hm? - Mamut uniósł głowę.

- To   gdzie  my   się  znajdujemy?
- spytał Górecki.

Rayden zasępił się.

- Jakby wam to rzec - mruknął

- Może  prosto z  mostu..... - ktoś
zasugerował.

- Dobra,    w     Przytułku    Dusz
w Zaświatach.

Mamut  poczuł,  że  słabnie. Ashowi
zebrało się na wymioty...

---

Dwa    tygodnie    po   zakończeniu
pierwszej części...

Potężny   lotniskowej   o  skromnej
nazwie  EGZEKUTOR   płynął  poprzez
wzburzone fale  morza Sargassowego.
Flaga na głównym maszcie spuszczona
była  do  połowy,   a  w  powietrzu
słychać  było   smutną,  pogrzebową
muzykę.  Atmosfera   była  nerwowa.
Odbywała  się właśnie  skromna, acz
wzniosła    i    dumna    ceremonia
pogrzebowa.       Tydzień      temu
odnalezione  zostały  ciała  trzech
żołnierzy  ze  Głównego  Posterunku
Tropicieli,   ze    stacji   LaPlaz
z sektoru  12-K.  Miał  tam miejsce
zmasowany   szturm   wojsk  Sojuszu
Moskiewskiego  i  zniszczenia  były
ogromne.  Odnalezino   tylko  kilka
osób,  jedną  żywą,  acz  obłąkaną,
natomiast      trzech     ostatnich
żołnierzy    odnaleziono   znacznie
oddalonych  od  bazy, zamordowanych
zapewne  przez  maruderów  Sojuszu.
Poniżej   wycinki    z   gazet   po
znalezieniu ostatnich denatów:
 ...Ciała   podporucznika   Macieja
Ogińskiego,    porucznika   Marcina
Góreckiego    oraz    ich   dowódcy
kapitana  Kamila   Mętraka  zostały
odnalezione  wczoraj,  w  godzinach
wieczornych      przez      rolnika
z Chędorzyc     (tu     paszportowe
fotografie  żołnierzy   oraz  fotka
lekko zdezorientowanego, zahukanego
rolnika  z   kilkudniowym  zarostem
i w   przekrzywionym   berecie   na
głowie).   Zwłoki   zostały   łatwo
zidentyfikowane  dzięki  dokumentom
będąch   w   posiadaniu  denatów...
(później  opisy czym  zajmowali się
denaci,  jeden hacker,  drugi pilot
- przyp.  MC.)   (...)  Nasuwa  się
jednak  pytanie, czy  żołnierze nie
byli    dezerterami,     lub    też
szpiegami?

(hgw)

Sztabs-Major     Darek     Góralski
rozmawiał    cicho    z   kapitanem
Jankowskim.  Obaj byli  w paradnych
mundurach.      Pełnili     funkcję
Strategów, byli więc osobami bardzo
poważanymi    w    wojskach   Paktu
Waszyngtońskiego.  Liczba Strategów
ciągle zmniejszała się,  a oni byli
cholernie dobrzy w swym fachu.

- Jak   to   możliwe,   Pejotl,  że
KaYteck,   Gul   i   Mamuciarz  nie
żyją...    -    szepnął   Góralski.
Nazywał Pawła Jankowskiego Pejotlem
jeszcze  od  czasu  ich  współpracy
z redakcją Secret Service.

- Masz     rację,     Berger,    to
straszne...  Byli  jeszcze  młodzi.
Cholerna    wojna.    -   Jankowski
poprawil okulary  i profilaktycznie
przeczesał palcami włosy.

Przasnyski  przeciskał  się  między
tłumkiem     żołnierzy,    hackerów
i kleryków.  Odnosił  wrażenie,  że
ujrzał kogoś znajomego i właśnie do
niego  zmierzał. Podszedł  do niego
i mocno  klepnął  go  w  plecy. Ten
zakrztusił   się   i   spojrzał  na
Przasnyskiego.

- Martinez!...   -   podrapał   się
w skroń. - Boże,  to ty? - obejrzał
się do tyłu i pomachał ukradkiem do
jakiegoś gościa w mundurze Legionu.
- Martinez,   na   Bogów,   cóż  za
tragedia...

Martinez uśmiechnął się smutno.

- Pegaz...  Nawet  nie  miałem  jak
się  z  nimi  skontaktować  po  tym
ataku...

Legionista    podszedł    do   nich
i uścisnął rękę Przasnyskiemu.

- Cześć, Nez.

- Witaj, panie ładny.

Pegaz    Ass    zwrócił    się   do
Legionisty.

- Widzisz,  Chmielarz?  Mówiłem, że
ludzie  spotykają  się  na  ślubach
i na pogrzebach.

Chmielarz    zacisnął   opancerzone
rękawice.

- Dokładnie, Berger i Pejotl też tu
są.  Spotkałem już  Wicika i Micza;
twierdzą,  że  User,  C(w)alineczka
i Bamse   zginęli   w   bitwie  pod
Atenami.   O   C(w)alineczce  słuch
zaginął...  Waldek  nerwowo  zatarł
ręce.

- Czy  wiecie, że  Sojusz użył  tam
gazu bojowego MA-4-BB? Niepotrzebny
pogrom.

- Berger   twierdzi,   że  wojskami
paktu   dowodziły   niedoświadczene
żółtodzioby.        Crap'a'torstwo.
- podsumował Martinez.

Chmielarz  spojrzał   na  nich  zza
czarnej   przyłbicy    hełmu.   Był
jedynym   wojskowym,    który   nie
wdział  galowego  munduru.  Miał na
sobie   ciężki   kevlarowy   bojowy
strój.     Kolana,     przedramiona
i golenie      wsparte      zostały
megalitycznymi    pancerzami,    na
piersiach  i brzuchu  odznaczał się
imponujący     pancerz.    Żołnierz
wyciągnął z  kieszeni pogniecionego
papierosa i przypalił go.

- Widziałem       przed      chwilą
dziewczynę Gulasha... - bąknął.

- O,   kur..!  -   zaklął  szpetnie
Przasnyski.

- Co  z  nią?  -  spytał  spokojnie
Pegaz Ass.

Adrian  Chmielarz  poprawił  czarną
szarfę przepasającą jego tors.

- A  co,  Pegaz,  ma  być?  Siedzi,
ryczy i to  wszystko. Kur..., gdyby
jej   dać    teraz   giwerę,   toby
odwaliła  tym  z  Sojuszu  łby. Ich
ponura  rozmowa  przerwana  została
przez księdza.  Zaczęło padać, więc
oprócz Biblii trzymał  w ręku także
rozpięty  parasol.  Zagrzmiało,  to
dla marynarzy zły znak.

- Drodzy   Zebrani...   -   zaczął.
- Wierni  Panu   Naszemu,  Jezusowi
Chrystusowi. Zebraliśmy  się tu, by
oddać  ostatni  honor, powracającym
w objęcia  Ziemii   tym  oto  trzem
dzielnym  żołnierzom...   -  wzakał
ręką   trumny.    Wszyscy   zebrani
wiedzieli,  że już  niedługo, wśród
przygnębiającego  MARSZU  ŻAŁOBNEGO
Chopina  te  trzy  trumny  opuszczą
główny pokład i  znikną w mrocznych
odmętach.

- Pomódlmy    się    o    zbawienie
umęczonych  dusz tych  oto ludzi...
Zebrani skłonili głowy i zaszemrali
modlitwą.  Po   niebie  przetoczyły
się  pierwsze  grzmoty... Niektórzy
twierdzą,   że    widzieli   postać
żebraka   w   słomianym   kapeluszu
unoszącego  się   wśród  wściekłych
błyskawic...

Nie  przebrzmiały  jeszcze  ostanie
słowa  modlitwy o  Zbawienie Duszy,
kiedy   coś   zaczęło   się  dziać.
Pierwszy  ujrzał to  kapitan Robert
Korzeniewski,  przez  kolegów zwany
Korzeniem  lub  też  Root'em. Przez
chwilę  myślał, że  to gra światła,
pierwsze krople  deszczu uderzające
o wieko    trumny,     jednak    po
przetarciu      szkieł     okularów
i kilkakrotnego          mrugnięcia
wiedział,  że  to  co  widzi to nie
miraż  (MIRAGE?  IMRAGE?!).  To  co
ujrzał  wprawiło   go  co  najmniej
w osłupienie.  Wieko  trumny  kilka
razy  lekko   uniosło  się,  poczym
drewno  wieka  z  głośnym trzaskiem
wyleciało  pod  naporem okrwawionej
i brudnej   pięści.    Z   łoskotem
upadło na ziemię. Tłumek zafalował.

- O  Matko...  -  szapnął,  po czym
krzyknął   w  stronę   grupy  ludzi
- Martinez?!

Podbiegli od razu.

- Chryste   Panie...    -   mruknął
Martinez,  widząc,   że  osuwa  się
także wieko drugiej trumny.

Pejotl   stał   w   wytrzeszczonymi
oczami  słabo   wspierając  się  na
ramionach  Mr.   Roota  i  Bergera.
Pegaz   Ass   spojrzał   na   AK-47
Legionisty,    to     na    księdza
(mającego  zresztą  najgłupszą minę
ze  wszystkich zebranych),  znów na
giwerę  Chmielarza  i  na  księdza.
Zaśmiał się głupawo.

- Heh-heh-heh...        heh-hehe...
- znów  spojrzał na  księdza, który
z oczyma      wielkości     spodków
wlepionymi    w    niego   odmawiał
właśnie cichą modlitwę.

- Rany  Boskie...   GulAsH,  Mamut?
Jezusie  Słodki....  Wieka  zsunęły
się  do  końca  i  wyszli  z  niego
ludzie   wymienieni   przez  Waldka
Nowaka.  Gulash otarł  krew z czoła
i jakby  nie wiedząc  co się dzieje
spytał:

- Martinez, Yo!  To jak, chlańsko?!
 ...  Och, chyba  będzie to  trzeba
wyjaśnić..

Mamut spojrzał na swe dłonie.

- Root-san? Widziałem lepsze rzeczy
niż zrobili w Urutsoki Doji...

ciąg dalszy nastąpi...



Offline AloneMan

  • +
  • Wiadomości: 198
Kombat Story
« Odpowiedź #32 dnia: 2005-06-14 (Wto), 05:46 »



Part 3 - by Mamut

- ...  To  by   było  na  tyle... -
Górecki    powiódł    wzrokiem   po
zebranych. Nie  sprawiali wrażenia,
jakby wierzyli w to co mówi.
- To prawda.

Martinez  splótł  palce  na brzuchu
i zamyślił się.

- Tak  właściwie, to  niby dlaczego
mielibyśmy  nie  wierzyć?  Chłopaki
wyszli  z trumien,  jeszcze chwila,
a zostałoby   z    nich   tyle   co
Kamila...

Ogiński zadrżał.  Przypomniał sobie
dębową skrzynię,  która dość szybko
zatonęła   w   mrocznych  odmentach
oceanu.

- Posłuchajcie,   to   jest  ważne.
Ziemi  grozi   zagłada,  Shao  Kahn
zbiera   armię,  wierzcie   mi,  że
Tobias  i Boon  nie zrobili  MK dla
jaj...  Oni wiedzieli  o planowanej
Inwazji...   Na   podstawie  każdej
edycji, a były  ich jak wiemy trzy,
robili  grę,  która  była  swoistym
SYGNAŁEM...   Należeli    do   tzw.
Łowców, czyli  gości wspomagających
Obrońców,  którzy  z  kolei stawali
w walce.  Tak więc  każda gra  była
sygnałem,  że  Shao  zdobywa  coraz
większą   władzę.   Mieli  umówione
miejsce   spotkań,   co   właściwie
sprowadziło  koniec   na  Łowców...
Boon  i   Tobias  zginęli  pierwsi,
reszta,     gdy     przybyła     na
spotkanie...  Później  była  wojna.
- powiedział Gulash.

Kapitan       Drake      Edgewater,
bezpośredni   przełożony,   zgniótł
w dłoni      plastikowy      kubek.
Odkaszlnął.

- Panowie, kur.., ja  tu czegoś nie
rozumiem.         Jeżeli         wy
przeżyliście...  wróć,  zostaliście
odesłani z tych... no, Zaświatów tu
do  nas,  to  dlaczego  kpt. Mętrak
nie? Czy moglibyście mi to, kur...,
wyjawić, gołąbki?

Górecki przesunął dłonią po twarzy,
wyrażając   w    ten   sposób   swą
bezsilność  i  wściekłość. Spojrzał
w oczy   swej   dziewczynie;   Alex
wydawała   się   być   znużona   tą
kilkugodzinną    dyskusją.    Mamut
szepnął  coś   do  Jennifer,  która
z kolei  przybyła na  jego pogrzeb.
W chwili   śmierci    KaYteck   był
,,kawalerem".

- Szanowny panie  kapitanie, powiem
to panu raz jeszcze, bo pana lubię.
- rzekł AsH.  - Przywrócenie Kamila
do życia było niemożliwe, gdyż jego
dusza       skradziona      została
bezpowrotnie!

- Wiecie  co,  ja  was,  kur.., nie
pojmuję...  Macie kur...  farta, że
czeka na mnie  śmigłowiec. Za kilka
dni    otrzymacie    wezwanie    do
generała   Schimdta,   przygotujcie
jakiś    sensowny    raport.   Aha,
zgłoście     się     na     badania
psychiatryczne.     -     Edgewater
podniósł się z krzesła.

Górecki i Ogiński wstali również.

- Odmaszerować. Czubki.

- Tak   jest   -   Górecki  stuknął
obcasami.

Godzinę  później w  messie panowała
ogólna  popijawa.  Dowódctwo  Paktu
zniosło  prohibicję,   co  znacznie
podniosło  morale  wojska,  wszakże
ważne   było,    że   alkohol   był
darmowy...

Pegaz  Ass   w  zamyśleniu  popijał
szkocką.    Myślał   o    tym,   co
przeminęło. O swych znajomych, swym
mieszkaniu,   wreszcie   o  piśmie,
które  razem  z  kumplem Martinezem
stworzył i kierował nim przez kilka
ładnych   lat...   Teraz   wszystko
przepadło, pomyślał z goryczą.

- No  jak, Waldek?  - z  przemyśleń
wyrwał  go jak  zawsze wesoły  głos
Mr.Roota

- Echhh...  Robert,  ciężkie czasy,
co?   -   mruknął,   wpatrując  się
w mętną  zawartość  szklanki.  Tam,
gdzie   stacjonował,   mówiono,  że
,,po  szkockiej  z  Egzekutora  bez
mrugnięcia   okiem    zjeść   można
robaka". Można?

Korzeniewski    usiadł,   potrącony
przez      przechodzącego      obok
żołnierza.

- Pamiętasz  dawne  czasy?  Pytano:
,,Z  jakiej, przepraszam,  jest pan
redakcji?"  A teraz:  ,, Z  jakiego
Klanu jesteś, żołnierzu?" Kiedy się
skończy to piekło? Zginęło już zbyt
wielu...    Chociażby    Marzena...
- poskrobał    się     po    głowie
- Cholerna  wojna,  mogło  tak  się
obejść  i bez  niej... Masz  jakieś
wieści o reszcie?

W dalszej  części   stołu  komandor
porucznik   Wiciński    vel   Wicik
dyskutował  zajadle  z porucznikiem
Góreckim.

- ...Mówię  ci,   stary  koźle,  że
zmasowany  atak  myśliwców  nic nie
pomoże!

- Bzdura,  Wicu, za  długo siedzisz
w marynie... - żąchnął się Górecki.

- Gulek?

- A?

- Maryna?

- Marynarka...

- To było raczej  kwaśne! - odezwał
się  Przasnyski  z  drugiego  końca
stołu.

Gul-AsH  zapalił  grube,  hawajskie
cygaro. Już on się zna, pomyślał.

- Panie  Berger,  jaki  jest pański
stosunek  do  sprawy,  ...  O,  sir
Pejotl, czy  atak myśliwców pomoże?
- wydmuchał dym.

Berger  uniósł głowę,  podrapał się
w nieogolony podbródek.

- Jeżeli użyliby MA-4-BB, to tak...

Pejotl  zatarł dłonie  i uśmiechnął
się szelmowsko.

- Oczywiście w przypadku wypuszenia
w bój  jednostek   $triq,  gaz  nie
miałby  nic do  rzeczy. Jak wszyscy
dobrze  wiemy  $trike  ma doskonałe
silniki   i    pociski   termiczne,
które...

- Bzdura!   -   przerwał  Góralski.
- Pejotl, kochanieńki,  nie zdajesz
sobie  sprawy,  że  $trike  dopiero
niedawno   został   dopuszczony  do
produkcji   i   trwają   cały  czas
modernizacje, ten  myśliwiec nie ma
jeszcze  promieni neutralizujących!
Zgadzam   się,  że   sytuacja  jest
podobna do tej z ... bodajże 96. r.
kiedy to rozgorzał spór o Irydę...

Jankowski poczerwieniał.

- A    przepraszam    cię   bardzo!
- prawie krzyknął. - co ma Iryda do
$triq?!

Berger dopił kawę.

- Ano to ma  wspólnego, że budowana
jest na takich warunkach jak Iryda!
Wiem,   że  nie   powiniennem  tego
mówić, ale ze strategicznego punktu
widzenia Sojusz jest o wiele cooler
od  nas, Paktu!  Ja o  tym wiem, ty
o tym   wiesz!   $trike   nie  jest
jeszcze    nadzieją,     może    we
współpracy z artylerią Legionu...

- A   tak   odchodząc   od   tematu
- Pejotl  oparł  się  wygodniej  na
oparciu  fotela.  -  co  ty widzisz
w wojskach Legionu?

Dariusz  Góralski  przybrał pozycję
godną  samego  Wojtka Cejrowskiego,
kiedyś  byłego   1.  COWBOY'A  R.P.
(Yeah,   right),    teraz   więźnia
politycznego gdzieś w Iraku.

- No widzisz... Cieszę się, że o to
spytałeś.   Dlaczego   cenię  sobie
Legion?  -  tu   spojrzał  w  kubek
z kawą  - Oczywiście  nie podlizuję
się tu tobie,  Adrianie, ale Legion
ma     kilka     ważnych...    hmm,
argumentów.  W  przeciwieństwie  do
różnego   rodzaju   SWATów,   DELTA
FORCE'ów -- Legion nie robi takiego
szumu,  są  doskonali  w  walce  na
dystans, sam rozumiesz, Paweł. Inna
sprawa,   że    służby   porządkowe
trafiają na front. Boltery, a walce
w bliskiej      odległości     mają
przecież potrójne kevlarowe... tak,
Adrian?  Dobrze   mówię,  potrójne?
- były  prezes   Metropolis  kiwnął
głową,  po  czym  wrócił  do cichej
rozmowy  z  byłym  naczelnym eSeSa.
- Potrójne  kevlarowe  pancerze ...
Oprócz   tego,    uczucie   strachu
zostało zredukowane  praktycznie do
minimum,  a  to  dzięki  specjalnej
diecie... która,  ... no, nieważne,
wiadomo.  O! Dieta  coś na  kształt
diety Wiedźminów. Mamut?  Ty się na
tym  znasz...  MamuT  jak  to  jest
z wiedźminami? No, gdzież on jest?!
- zniecierpliwił się Berger.

GulAsH zdjął nogi z blatu stołu.

- Dziękuję  z  ten  ciekawy  wywód,
Berger-san,    a    jeśli    pytasz
o Mamuta, to polazł chyba do kajuty
z Jennifer...       -       Górecki
wyszczerzył zęby  i puścił ,,kółko"
z cygara.

Berger zatarł ręce.

- Uhuhu! To już  nasz młody Mamutek
ma dziewczynę? A pamiętam jak go na
rękach nosiłem...

Pegaz    Ass     podniósł    głowę.
Wspomnienia wróciły.

Dopił szkocką.

Komandor porucznik  Piotr Mańkowski
od  dłuższego   czasu  w  milczeniu
przysłuchiwał się dyskusji, jednak,
gdy usłyszał kardynalny  błąd z ust
Dariusza Góralskiego nie wytrzymał.

- Co?  Jaki  wiedźmin?   Co  ty  za
bzdury  gadasz?  Sapkowski  by  się
w grobie przewrócił!

Pejotl również się ożywił.

- Miczu!        Właśnie       sobie
przypomniałem!  Kto  ci powiedział,
że  Kurt   Sanchez  jest  światowej
sławy pisarzem Fantasy?!

Micz zaczerwienił się.

- A  nie  jest?!  Przypomnij  sobie
,,Księgę  Demona  Nocy",  ,,Ostanie
wspomnienia  Grimmsa  Vanderberga"!
Przypomnij     sobie     ,,Historię
Jeźdzców  znad Laory"  lub ,,Dzieje
Bohaterów Arrawsanu:  Część Drugą",
albo ,,Nieustępliwy CornHolio"!

Wicik wziął stronę Micza.

- Micz   ma  rację!   Też  czytałem
o CornHolio! Nawet  w Berlinie jest
jego Fanklub!

Martinez  uniósł głowę  i napomknął
coś  o  ,,Wypowiedziach Gubernatora
Czarkina",     jednak     Chmielarz
polemizował.      Twierdził,     że
wszystkie,    jak    to    określił
,,rozpaczliwe  próby  ratunku przed
,,uszufladkowaniem"         autora"
spełzły na  niczym i to  Micz ma po
części  rację, bo  Sanchez to sławę
ma   ....   tylko   złą.   Wybuchła
kłótnia,  kłotnia  tak  drastyczna,
że  wokół stołu  byłych pracowników
umysłowo-joystickowo-myszologowych
zebrała    się    pokaźna    grupka
zwolenników      i     przeciwników
Sancheza.  Wyszło, że  nikt nie  ma
racji, pomylili pisarza.


- O     jejku,     jejku,     jejku
- przeciągnęła się Jennifer - Dawno
się porządnie nie...

Podporucznik  Ogiński  spojrzał  na
nią w półmroku  panującym w kajucie
i uśmiechnął się.

- Stęskniłem  się  za  tobą, Jen...
- rzekł    po    chwili   milczenia
Ogiński.

Przymknął   oczy,   był   zmęczony.
Próbował zasnąć.

- Mamut... - głos w ciemności.

- No?

- Co się z wami... stało?

Poprawił poduszkę pod głową.

- Jen,  proszę   cię...  -  jęknął.
- Miałem naprawę ciężki tydzień...

- Maciek, powiedz...

- Hmm...  Jennifer,  słyszałaś  już
raz    tę     historię.    Zostałem
oddelegowany właśnie  z tego statku
do  bazy   Tropicieli  jako  jedyny
wolny    hacker.    Wszystko   było
,,totally  incognito",  tak bardzo,
że już na początku  Ash omal co nie
odstrzelił mi głowy.

- Mhm....  -  mruknęła  Jen, kładąc
głowę na jego piersi.

,,Ha,  panowie,"   pomyślał  Mamut.
,,Jestem właśnie w  łóżku z kobietą
mych marzeń. Co wy na to? "

- ...   No,   omal   nie   zostałem
wypatroszony, aż tu nagle cała baza
została   zaatakowana   przaz  tych
pieprzonych  Ruskich.   Kurna,  ale
wtedy  było  -  zaśmiał  się  cicho
Ogiński  -  Ash-Can  nie  mógł  się
opanować.   Złapał  mnie   za  rękę
i krzyczy   mi   prosto   w   ucho:
,,Mamut,  ku..., spier...  stąd! Ja
chcę,  kur.., żyć!"  Pomachał kilka
razy   gunem   i   gdyby   nie   on
pozostałby    ze    mnie   cholerny
kawałek mięsa.... Uh, Jen?

Jennifer Crow spała.  On jednak nie
mógł.   Czuł    potrzebę   wyjścia,
wolności.   ,,Noc    jest   jeszcze
młoda"  pomyślał.  Po  cichu  wstał
z łóżka i otworzył szafę. Po chwili
stwierdził,  że   jego  rzeczy  nie
zostały                     jeszcze
z-l-i-k-w-i-d-o-w-a-n-e. Włożył swe
niebieskie jeansy,  mocne, wojskowe
buty,  ulubioną   bluzkę  z  kapelą
SilverChair    i    ciemny   sweter
przeplatany    kevlarowymi   nićmi.
Poczuł,   że  rządzi.   Jego  uwagę
przykuł  stary  płaszcz  błyszczący
wytartą na  rękawach skórą. Widział
go   pierwszy   raz,   jednak   bez
zbędnych  kompleksów wrzucił  go na
grzbiet. ,, Przecież każdy Łowca ma
specjalny   strój."  usprawiedliwił
sam  siebie.  Wyszedł  po  cichu na
korytarz i dalej już pewnym krokiem
kroczyło       po      lotniskowcu.
Zastanawiał  się  gdzie  pójść,  do
kantyny,  gdzie   są  jego  wszyscy
kumple, czy też na pas startowy.

Gdzie wieje wiatr...

Chciał być  sam, udał się  w stronę
windy.

Z korytarza stykającego  się z tym,
którym szedł  spokojnym, sprężystym
krokiem  wyszło  pięciu  gości. Dwa
androidy;      jeden      cholernie
przypominający     Cyraxa,    drugi
zielony  z nazwą  wyrytą na  prawej
piersi  -- Raven,  i trzech gostków
rodem z Zaświatów.  Pierwszy z nich
był    wysokim    Shokanem,   drugi
w uniformie  Gwardii w  jakim zwykł
chodzić    Striker,     a    trzeci
reprezentował sobą coś pomiędzy Liu
Kangiem   a   Sub-Zero   w   stanie
rozkładu.   Mamut   zatrzymał   się
i przybrał   wygodną   pozycję   do
ewentulanego  ataku  lub  ucieczki.
Lewa       ręka       instynkowonie
powędrowała   do   miejsca,   gdzie
powinien  się   znajdować  blaster.
Tyle, że nigdy nie nosił przy sobie
broni!

Sięgnął  do  komunikatora.  Włączył
go, a ne ekranie pojawiła się twarz
Gulasha.

- Ha?  Co chcesz,  Mamut? -  spytał
pomiędzy      kolejnymi      łykami
zielonkawego płynu.

Podporucznik  nie   spuszczał  oczu
z wrogów.

- AsH... - powiedział najspokojniej
jak tylko umiał.  - Pamiętasz nasze
spotkanie  tam, na  stepie? ... No,
to  się może  powtórzyć. Jak  wiesz
jako  Łowcy ma  dwa żywota,  ale to
już jest  to drugie, a  bonusów nie
ma...

Wyraz  twarz  porucznika Góreckiego
zmienił się.

- Co ty, kur..., mówisz?!

- Mówię   tylko   to,   że   jakieś
dwadzieścia  metrów   odemnie  stoi
pięciu gostków  urodą dorównujących
Dyniogłowemu,  a   ja  nie  wziąłem
blastera.  Jestem w  sektorze B-45,
przyjdź, jeśli możesz.

,,Gostkowie" zbliżali się.

- Spadam - zakończył.


Gul-AsH  wiedział w  obecnej chwili
jedno.  Jest kur...  zły na Mamuta,
że   w   stanie   wojny   nie  nosi
blastera.    No,     ale,    ku...,
pomyślał, muszę go uratować. Będzie
mi winny kilka  drinków. Zerwał się
szybko  z  krzesła  i  krzyknął  na
chłopaków.

- Pegaz Ass,  Martinez, chodźcie ze
mną,   weźcie  gnaty!   Adrian,  ty
i Micz  idziecie  do  sektoru B-45,
Berger  i Pejotl,  wezwijcie pomoc!
Root-san,  pójdziesz   z  Wicem  do
B-45 od zachodu! Małego szlachtują.

- No,  Piotrek, ruszaj  się! Kurna,
Miczu,  podaj mi  MK-21! - wrzasnął
porucznik   Adrian   Chmielarz   do
biegnącego    za    nim   komandora
porucznika   Piotra   Mańkowskiego.
Micz  oparł się  o ścianę  wąskiego
korytarzyka.    Oddychał    ciężko.
Wyjął  z kabury  zmniejszoną wersję
Boltera porucznika Legionu.

- Chmielarz..  -   wysapał,  mrużąc
oczy     i     zasłaniając    twarz
przedramieniem,  chroniąc  się  tym
samym przed strumieniem jaskarawego
światła  padającego   z  reflektora
Legionisty.      W     korytarzyku,
w którym  się  znajdowali, panowały
egipskie   ciemności    i   jedynym
oświetleniem      był     reflektor
Chmielarza.   Jemu   samemu  trudno
było  przeciskać się  było w wąskim
pasażu,  gdyż miał  na sobie prawie
całe osprzętowanie Legionisty.

- Chmielarz..  - sapał  Micz -  Leć
dalej sam. Rozdzielamy  się, ja idę
tym  korytarzem.  -  pokazał palcem
w ziejącą    ciemnością   szczelinę
w ścianie.  Ktoś   wyłączył  prawie
całe    zasilanie     na    statku.
Mańkowski  wziął  do  ręki latarkę,
włączył ją i wkroczył w ciemność.

Porucznik  Chmielarz   warknął  coś
bezsłownie  i   pobiegł  dalej.  Ta
przerwa   kosztowała  go   za  dużo
czasu,  co  w  przypadku Legionisty
jest  nie do  pomyślenia. Sprawdził
w biegu  swój MK-21  i spojrzał  na
skaner.

- Ile? - spytał, rozglądając się na
boki.

- Biorąc  pod  uwagę  twą kondycję,
869,   za   dwie   minuty   powinno
nastąpić   spotkanie.   -  oznajmił
głośnik  w skanerze  zamocowanym na
przedramieniu.  - No,  trzy minuty,
max...

- Fuck! - zaklął Chmielarz.

Kapitan Edgewater zapalił kolejnego
papierosa  i  ze  złością  spojrzał
w otaczającą go  ciemność. Stał już
na   tym  ziąbie   dłuższą  chwilę,
a helikoptera  mającego  go  zabrać
nie było widać.  ,,Jezu. " pomyślał
Drake.  ,,Ja tych  pilotów zajebię.
Będą    szorować     kible    swymi
szczoteczkami... Nie,  nie, nie..."
zmienił   zdanie.   ,,Będą  czyścić
kible swymi językami,  a jak już to
zrobię, to  ja i cały  mój garnizon
nasramy na  tą czystą podłogę  i ci
pieprzeni  piloci  będą  go musieli
czyścić jeszcze raz..."

Drake Edgewater uśmiechnął się i po
raz kolejny przeszedł  się po pasie
startowym.  Był   z  siebie  dumny.
Poprawił  swą   czapkę  i  spojrzał
w niebo.    Przez    chwilę    miał
wrażenie,    że     widzi    jakieś
pulsowanie  i jakby  zarys jakiegoś
ogromnego  hełmu,  zamrugał  jednak
kilkakrotnie   i   przetarł   oczy.
,,Eeech"  pomyślał.   ,,Zdawało  mi
się..."

Po chwili  usłyszał oddalony łoskot
wirnika     helikoptera.     ,,No,"
uśmiechnął      się      paskudnie.
,,Panowie, szykujcie języki.."

Stali  po  obu  stronach  korytarza
z blasterami  gotowymi  do strzału.
Po    jednej    stronie   porucznik
Górecki, a  po drugiej podporucznik
Nowak z  cywilem Przasnyskim. Mimo,
że     Marcin     Przasnyski    nie
przystąpił  do wojsk  Paktu lub też
Sojuszu,       potrafił      dobrze
posługiwać  się  bronią,  gdyż miał
wujka policjanta.

- Na   mój    znak...   -   szepnął
Gul-AsH.  -   Raz...  dwa...  TRZY!
- wrzasnął    i    wszyscy    trzej
wyskoczyli z giwerami gotowymi do
strzału.

Nic.

Pegaz   Ass   wyszarpał  Góreckiemu
komunikator i odpalił go.

- Mamutowicz,   gdzie  ty   się  do
jasnej     cholery     podziewasz?!
- spytał falującą na ekraniku twarz
Ogińskiego.

- Echch...    -    rzęził    Mamut.
- Echhch...      Jestem     właśnie
w windzie i jadę na piąty poziom...
Okazało się, że  szli też za mną...
Echch,  ledwo zdołałem  przebić się
do...  Echch... -  przełknął ciężko
ślinę. -  Ratunku, chłopaki.... Nie
zawiedźcie mnie... Echch...

- Spoko,  Mamut...  -  odparł Pegaz
Ass w drodze do  szybu windy. - ...
Słuchaj,  musisz  wytrzymać.  Darek
i Paweł wzywają już pomoc i ...

- Nie pieprz  mi tu, ku...,  o Pejo
TSZSZSZSZK    ...rgerze!    Odcięli
zasilanie,  prawie TSZSZSZSZSZSZSZK
 ..łoga  została  gdzieś  odesłana.
Nie   wiem  jakim   cudem  działają
windy. TSZSZSZSZKSZSZSZSZSZSZSZSZSZ
SZSZZSZSZSZK -  obraz rozmywał się.
Dźwięk zanikał.

- Mamut,  trzymaj  się,  nadciągamy
- odparł uspakajająco Nowak.

- Czy mógłbyś TSZSZSZSZSZSZSZSZSZSZ
SZSZSZSZSZSZSZSZSZSZSZSZZZSZSZSSZZZ
ZSSZTSZSZSZSZSZSZSZSZSZSZSZSZSZSZSZ
SZSZSZSZSZSZS ? - padło pytanie.

- Co?!

- TSZSZPowtórzTSZSZSZSZSZSZSZSZSSZSZ
SZK słowo?  A tak TSZSogóZSZSZSZSZSZ
SZSZSZSZSZSZSZSZSZSZSZSZSZSZSSZSZSZ
SSZSZSZSZSZSZSZSZSZSSZSZSZSZSZSZSZSZ
ZSZSZSZSZZSZSZSZSZSZSZSZSZSZSZSZSSZ
SZSZSZSZSZSZSZSZSZSZSZSZSZSZSZSZSZSZ
SZSZSSZSZSZSZSZS - nic. Nic już nie
można było usłyszeć.

Padły baterie.

Kapitan   Korzeniewski   przesadził
jednym  susem barierkę  i zeskoczył
na  dolny pokład.  Mimo, że  go nie
widział, wiedział, że w cieniu czai
się doskonały  strzelec -- komandor
porucznik  Wiciński.  Przed  chwilą
dostał komunikat  od Góreckiego, że
,,impreza"   przenosi   się   gdzie
indziej.  Był   na  poziomie  B-46,
gdzie  ponoć   Za  Mamutem  ganiała
armia mutantów. Cóż za bzdura!

Berger  przesunął  dźwignię  w  dół
i spojrzał na ekran.  Nic. Na całym
cholernym  statku  nie  było  żywej
duszy.   Wstukał  coś   na  konsoli
komputera  i  z  napięciem spojrzał
w monitor.        Ujrzał       ciąg
przewijających się  liczb, obliczeń
i tp.  syf'u  zmieszany  z napisami
typu:  BAD COMMAND,  NET NOT READY,
MAYBE  IT'S   LIKE  ...  BROKEN?...
Góralski       uderzył      pięśćią
w klawiaturę i  warknął bezsłownie.
Spojrzał pod stół na postać Pejotla
mocującego  się  z  jakimiś kablami
i wzmacniaczami.  Podkręcił  śrubkę
i mruknął:     ,,teraz".     Berger
uderzył w ENTER  i obraz zafalował.
Trwało  to krótką  chwilę, tylko po
to,   by   ekran   znów  zczerniał.
Sztabs-Major  uderzył  monitor tak,
że   spadł   antyradiacyjny  filtr.
Pomogło,  na  ekranie  pojawiło się
logo Legionu.

- No   i  jak   teraz?  -  usłyszał
zduszony głos Jankowskiego.

- Pawełku,    jesteś   geniuszem...
- odparł  Berger, a  na jego twarzy
pojawił się błogi uśmiech.

- No  to   nic  prostszego,  wezwij
pomoc i niech przyjdą tu szybko, bo
po   statku    szlaja   się   jakaś
bojówka...

Komandor porucznik  Bogdan Wiciński
pochylił  się  nad  ciałem  gościa,
którego  odstrzelił  i  momentalnie
się  cofnął. TO,  co zabił  jedynie
powierzchownie         przypominało
człowieka. TO było wielkie, pokryte
futrem  i łuskami.  ,,Tak" pomyślał
Wicik.   ,,Jedno   wielkie  gówno".
Przeładował  giwerę  i  spojrzał na
Mr.  Root'a, który  mamrotał coś po
japońsku  z wyrazem  obrzydzenia na
twarzy.

- No chodź, Korzeń... Nie ma czasu.

Pobiegli.

Oczy       Drake'a       Edgewatera
rozszerzyły   się    do   wielkości
spodków,   gdy   zobaczył   postać,
która  w obecnej  chwili przebijała
podłużnym  ostrzem  brzuch drugiego
pilota.  Głowa  pierwszego  obijała
się  właśnie o  jego nogi.  Ujrzał,
że drzwi prowadzące  na pas starowy
z hukiem otworzyły się  i na pokład
wbiega  jakiś   koleś  z  blasterem
w dłoni  i  oświetlają  sobie drogę
latarką.

- Panie  kapitanie! Stój  pan! Stój
pan!

Komandor     porucznik    Mańkowski
zadrżał na widok tego co ujrzał. Na
pasie  startowym   stał  helikopter
i wyskoczył  z niego  jakiś osobnik
władający  ogromnymi, zakrwawionymi
maczetami.  Zbliżał   się  do  jego
bezpośredniego   dowódcy,   a   nie
pomóc  przełożonemu  oznaczało  sąd
wojenny.    Wycelował    w   postać
z ostrzami i strzelił.

Strzał  ten  nie  wywarł  jednak na
niej  specjalnego  wrażenia. Postać
skoczyła   do  Mańkowskiego   i  po
prostu obcięła mu  rękę. Micz zawył
i padł  na  kolana.  Postać  (nadal
była  w cieniu)  chwyciła pozostałą
ręką Piotra i  zawlokła go na skraj
pasu startowego. Komandor porucznik
zawisł   nad   wzburzonymi   falami
i z obawą spojrzał w twarz postaci.
Zadrżał  ponownie.   Udało  mu  się
bowiem  wyłowić   błysk  ogromnych,
białych zębów.

Morderca bawił się nim!!!

- Proszę - załkał.

W dłoni  zabójcy  ponownie zalśniła
klinga    kosy.    Morderca   wziął
głęboki  oddech i  ciął z rozmachem
górną kończynę Mańkowskiego.

Micz zawisł na chwilę w powiewtrzu,
jednak   ułamek   sekundy   później
leciał    już   w    dół.   Odnióśł
wrażenie, że widzi  kątem oka zarys
bluźnierczo ogromnego  hełmu. Potem
nie widział już nic...

Drake  Edgewater  stał  pod  ścianą
z drżącymi  ustami   wpatrywał  się
w człowieka idącego  w jego stronę.
Ów  człowiek  jakby  od  niechcenia
odrzucił   na   bok   obciętą  rękę
porucznika  Mańkowskiego  i zbliżał
się do niego.

- Nie   pomogłeś   koledze   --  to
nieładnie, żołnierzu.  - powiedział
mężczyzna   głosem  przypominającym
trzask łamanych kości.

Wtedy  Drake   ujrzał  jego  twarz.
Twarz  zdeformowaną,  gładką  jakby
pozbawioną   rys    --   nad   gębą
prezentującą     dość    imponujący
garnitur  zębów  widniały  wielkie,
głębokie   oczy.   Jednak   nie  to
prześladowało  Edgewatera  do końca
jego  dni.  Przeraziło  go  to,  co
usłyszał.

To, co usłyszał  było ohydne, wręcz
pierwotne jednak  potęgowane głosem
mówiącego,  głosem  przypominającym
zgniatanie     głowy    niemowlaka,
przeraziło go do głębi.

- Strzeż      się,     człowieku...
- powiedział   mutant,  podkładając
Drake'owi ostrze pod  nos. - BARAKA
powrócił. Krwawy łów trwa....

Silny kopniak  wywalił słabe drzwi.
Do pomieszczenia  wszedł Legionista
z Bolterem   gotowym   do  strzału.
Szybko  wypatrzył  cel.  Dwa cienie
pochylone    lekko     do    przodu
nacierały na niego z prawej, jak to
określił   skaner   ,,na   godzinie
pierwszej"  .  Szybko  skierował na
napastników     promień     latarki
znajdującej  się  na  jego ramieniu
i na chwilę znieruchomiał. Tylko na
chwilę, gdyż sekundę później z lufy
karabinu    wyleciał    grad   kul.
Pierwsza        postać,       szara
i śmierdząca   zgięła    się   wpół
i z  kwikiem   upadła  na  podłodę.
Drugą  powalił  kopniakiem.  Mutant
w podartym  ubraniu z  martwo bladą
twarzą  uderzył  ciężko  o  ścianę.
Legionista powoli podszedł do niego
i z bezczelnym  uśmiechem na twarzy
wpakował  mu głowę  cały magazynek.
Odwrócił    się,     ze    sczękiem
przeładowując   broń.   Z  półmroku
wyłoniły się  jeszcze cztery cienie
z wyraźnym   zamiarem   pozbawienia
Chmielarza     życia.    Legionista
polecił   komputerowi   na   prawym
przedramieniu wzmocnić siłę latarki
i tak   przygotowany,   z  Bolterem
w jednej, i z  MK-21 w drugiej ręce
patrzył na nadciągających wrogów...

Mamut    podskoczył    w    miejscu
i z  półobrotu  przykopał  w korpus
nadciągającego umarlaka. O celności
jego  uderzenia  przekonał  go miły
dla  ucha  chrzęst  łamanych kości.
Zadowolony  ze  swego  ciosu rzucił
się na następnego wojownika, jednak
przeliczył się.  Przeciwnik uchylił
się    przed    nadciągającą   nogą
i wyprowadził   szybką   kontrę  na
żołądek  Ogińskiego.  Mamut  zwinął
się  i  zwymiotował,  cofnął  lekko
i zaatakował              ponownie.
Bezskutecznie. Przeciwnik złapał go
z tyłu  za ręce,  podbiegł do  nich
Shokan   i   kilka   razy  gruchnął
unieruchomionego  Mamuta  w korpus.
Zatrzeszczały żebra.

- O, kur..,  chłopaki..... - jęknął
niedoszły  Łowca. -  to byłby dobry
moment, byście przybyli....

W tym  samym  momencie  do  głównej
sali   poziomu   piątego,   do  tej
w której się  znajdowali, wparowało
trzech  mężczyzn  siejących zagładę
swymi blasterami....

Gulash  cieszył   się,  że  zmienił
ubranie.  Wyglądał dzięki  temu jak
prawdziwy  bonzo.   Miał  na  sobie
szerokie jeansy,  Airwalki, T-Shirt
z ORBITALem i  rozpiętą szarą bluzę
z wyrwanymi    rękawymi.   Pierwszą
rzeczą   jaką  ujrzał   był  tłumek
różnego   rodzaju   rozwścieczonych
mutanów,     centaurów,    Shokanów
i innych baśniowych stworów.

- Na   Yog-Sohotta!    -   warknął,
strzelając  do  pierwszego  potwora
przedstawiającego              sobą
humanoidalną jeszczurkę.

Głowa  potwora  poszybowała  wysoko
w górę.   Runął   na   masakrująego
Mamuta     czterorękiego    Shokana
i kilkoma  ciosami  powalił  go  na
ziemię. Spojrzał  na oszołomionego,
leżącego  stwora  i  uśmiechnął się
paskudnie.

- Boli, co?!

Wyskoczył w górę i wyrżnał obcasami
butów  w szyję  Shokana. Ten, mimo,
iż  broczył  krwią  szybko podniósł
się  i   zaszarżował  na  Gul-AsHa.
Górecki  cofnął   się  pod  naporem
dwóch   ciosów   brata   Kintaro'a,
jednak   szybko    pozbierał   się.
Złapał  się  górnych  rąk  Shokana,
podciągnął  się  i  serią kopniaków
powpychał  kości  nosowe  do  mózgu
Shokana. Wybił się  do tyłu i lekko
wylądował  na  ziemi.  Zdziwiło go,
że jest taki wygimnastykowany.

Powinien   się   jakoś  ,,rządząco"
zachować na koniec.

Patrząc  na  padające  cielsko jego
wroga, warknął:

- Ha-Dou-Ken!  -  jego  prawa stopa
opadła  ciężko  na  ziemię,  a ręce
uniosły się w górę.

W geście zwycięstwa.

Uścisk  w  rękach  zelżał  i  Mamut
szybko wyswobodził  się. Już chciał
wyrwać  wrogowi jego  gardło, kiedy
ujrzał,  że gość,  który dotychczas
go trzymał,  teraz bezwładnie osuwa
się na ziemię.  Kilka metrów za nim
stał   ciężko    dyszący   Martinez
z dymiącym blasterem w dłoni.

- No    to   jak,    panie   ładny?
- splunął Przasnyski. - Rozgrzewamy
tą balangę?

- Masz,  Mamut,  tu  piąchami sobie
nie poradzisz...  - mruknął Gulash,
rzucając mu blaster.

Pobiegli  na pomoc  Pegazowi, który
razem  z  Wicikem  i  Rootem  ledwo
bronił  się   pod  naporem  wrogów.
Atakowały   ich   tłumnie   głównie
słabe  i  mniejsze  jednostki, gdyż
dwa  pozostałe  przy  życie Shokany
walczyły  z  kimś  przy  wejściu do
hali.  Ich  ciałami  wstrząsały  co
chwila  drgawki,  jednak nieugięcie
napierały  dalej.  GulAsH  i  Mamut
zrobili  ,,DoubleAction"  w postaci
ciągłego  okładania  ciosami  ciała
potwora    z    ogonem   skorpiona.
Martinez   przebiegł    do   ściany
pomieszczenia  odrywając  dwóch czy
trzech  napastników  od  otoczonych
Korzeniewskiego,             Nowaka
i Wicińskiego. Gdy  zbliżyli się do
niego,  uśmiechnął  się  niczym sam
Gabriel  Knight  i  wpakował  kilka
naboi  w głowę  najbliżej stojącego
potwora.    Nie    przestając   się
uśmiechać wycelował w drugiego i...
zabrakło amunicji.

- Mamut!  -  wrzasnął  -  Rzuć  mi,
kur..,    broń!    Teraz!   FUCK!!!
OooArrrgh!  -  poczuł  rozdierający
ból w żebrach.

Stwierdził,   że   dwa   lub   trzy
zostały właśnie złamane. Osunął się
na  ziemię, próbując  ręką uchronić
się  przed   spadającymi  na  niego
ciosami.

- Wy...  kuAAARGH!... Dwóch  ... na
jednego? Psy! Arrrgh!!!

Komandor     porucznik     Wiciński
spojrzał      tylko      raz     na
szturmujących    Martineza   gości.
Wiedział,  że  musi  działać. Oparł
się   swym   kowbojskim   butem  na
ramieniu  blisko  stojącego mutanta
i wybił  się z  niego w  powietrze.
Wylądował  na  plecach  jednego  ze
,,znajomych"  Neza,  przewalając go
na    ziemię.    To   wystarczająco
zdezorientowało  drugiego  mutanta.
Wicik   ,,przywalił   z   Łokietka"
w twarz, a właściwie  w ryj potwora
na którego plecach leżał.

Wyciągnął  z   kabury  swego  gnata
kaliber  22.  Drugi  potwór  zdążył
jedynie  warknąć,   kiedy  pierwsza
kula    rozorała     jego    szyję.
Z poszarpanego  gardła  wydobył się
koński    kwik,    jednak    Bogdan
Wiciński    z    kamienną    twarzą
raz-po-raz naciskał spust.

Blam! Blam! Blam! The Machine Head!

Martinez    splunął    na   ziemię.
W ślinie  dojrzeć  można  było ślad
krwi.

Mr.Root    odepchnął    od   siebie
opancerzonego wroga i rzucił się do
wyjścia.   Wiedział,   że   to  już
koniec. Ludzie nie  długo mogli się
już opierać  napierającemu wrogowi.
Osłaniając     ogniem     zaporowym
ewakuujących się kolegów sięgnął do
komunikatora.

- Berger!   Kur..,   kur..,  kur..,
kur.., kur.., ku.., ku....

- No    co    chcesz,    Root-san?!
- przerwał jego monolog Góralski.

- Uciekajcie na  pas startowy! Tak,
teraz!!! Ich jest zbyt wielu! Nakaz
odwrotu! Wezwaliście .. no, pomoc?!

- To  się  pośpieszcie!  Widzę  ...
nie,  jeden helikopter!  Nie będzie
długo  czekał!   O,  shit!  Pejotl,
patrz!  Nasz statek  tonie! Korzeń!
Kod żółty! Ale już!

* * *

Zapis  z   późniejszej  konferencji
prasowej porucznika  Marcina Kamila
Góreckiego i  podporucznika Macieja
Ogińskiego.
(Fragment) Mówi Górecki:

- ...  Już  odpowiadam  na pytanie,
panie  redaktorze. Otóż  jakie było
moje  uczucie  po  tym  ciosie? Czy
oberwaliście      kiedyś      takim
kur.....sko dużym  młotem kowalskim
po żebrach?  Nie? Ja też  nie. >>Tu
śmiech   publiczności<<   Ale  wiem
jakie  to uczucie.  Totalny odjazd.
Chłopak,  który  mi  wtedy  zakopał
miał taką parę w nogach, że... nie,
chłopie... to trzeba przeżyć....

* * *

Podniósł  się  i  uderzył ,,bykiem"
w gościa,   który    przed   chwilą
kopnął   go  w   żebra.  Zgrzeszył.
GulAsH  skoczył gościowi  do gardła
i powalił   go  na   ziemię.  Głowa
mutanta  odbiła  się  od  posadzki,
a z    nosa    wytrysnęła    struga
zielonkawej  krwi.   Jednak  potwór
szybko     odzyskał     przytomność
i uderzył Góreckiego  w bok. Marcin
Kamil  zwył,  gdyż  trafiony został
w złamane żebro. Wyciągnął z kabury
broń   i   zdzielił   nią   potwora
w skroń.

Mamut  otworzył   szeroko  otworzył
usta  i  ciągle  mrugając wpatrywał
się   w   żelazną   ścianę,   która
w obecnym  momencie  rozciągała się
i kurczyła  na pewnym  obszarze. Po
chwili  wyskoczyli   z  niego  jego
,,dobrzy  znajomi".   Mimo  horroru
walki  Johnny Cage  wyglądał, jakby
pozdrawiał   tłumy.    Jego   włosy
nienagannie   zaczesane   do  tyłu,
okulary     błyszały     w    ogniu
karabinów.  Bluzka  firmy  ACOMNIAC
doskonale  układała   się  na  jego
umięśnionym torsie.

Curtis Striker i Jackson Briggs jak
zwykle   z    kamiennymi   twarzami
rzucili  się w  wir walki.  Striker
uzbrojony  był  w  swą  nieodłączną
pałkę,  natomiast bronią  Jaxa były
jego    ręce.    Żelazne   implanty
biologiczne     błyszały     równie
złowieszczo  co  wypolerowana pałka
Curtisa.   Ostatnią   postacią  był
Kabal.      Tajemniczy     wojownik
mamrotał  jakieś   przekleństwa  po
hiszpańsku. Nikt  nigdy nie widział
jego    twarzy,     gdyż    spaloną
i zmasakrowaną  skwapliwie  chronił
przed   wzrokiem   ciekawskich  swą
maską tlenową i goglami. W mocnych,
zniszczonych  dłoniach  trzymał swe
dwie halabardy.  Wylądował lekko na
ziemi.

Chwilę  poźniej   kroił  pierwszych
w kolejce.

Oczy  potwora  rozbłysły  czerwonym
światłem i jednym, sprawnym cięciem
pazurów  podarł bluzkę  Cage'a. Ten
zrzucił   okulary   i   zgniótł  je
w dłoni.  Potwór  ciął  raz jeszcze
i tym  razem pazury  dosięgły ciała
aktora. Johnny warknął  i z doskoku
kopnął    w    brzuch   napastnika.
Przeciwnik  zamachnął  się pięścią,
jednak Cage uchylił się.

- Jam   jest    Ghug!   Będę   nowy
championem   mego   pana,  Kahna!!!
- wrzasnął,    ponownie    atakując
pięścią.

Tym   razem   był   szybszy.  Głowę
Cage'a  odrzuciło  w  tył,  a wargi
pękły   niczym    porzeczki.   Cage
przyjrzał       się      przyszłemu
Championowi.  Jego   kark  pokrywał
hitynowy pancerz, głowa umieszczona
była  nisko  na  karku,  jego  ręce
były   długie,   dłonie  zakończone
długimi pazurami.  Wyraz twarzy był
dość inteligentny. Ona sama pokryta
była  świńską  szczenią,  a  z  ust
potwora  wystawały  imponujące kły.
Johnny Cage stanął w swej ulubionej
pozycji.   Bujał   się   na   lekko
ugiętych   nogach,   ręce   trzymał
blisko siebie.

- Wiesz   co,   mały?   -   spytał,
uspakając  swój oddech.  - To  była
jedna   z  lepszych   bluzek  jakie
mam...  Zgrzeszyłeś...  ale  wiesz,
mam dla ciebie propozycję...

Potwór przygotowywał się do skoku.

- Zatańczmy - Cage wyszczerzył zęby
w uśmiechu.

Skoczyli     jednocześnie.     Obaj
z równie  rozdzierającym  okrzykiem
na  ustach. Ich  ciała zetknęły się
z sobą  tylko po  to, by  po chwili
się rozdzielić  pod naporem mocnych
ciosów.

Kabal   zawsze   był   tam,   gdzie
największa   walka.   Wokół   niego
skupiało   się   zawsze   najwięcej
przeciwników,   jednak   tajemniczy
wojownik   był   niepokonany.  Ciął
swymi  halabardami na  lewo i prawo
po  kolana stojąc  w stosie  mięsa,
które  nakroił. Jego  jedynym celem
była ochrona ludzi i zemsta na Shao
Kahnie. Nagle Kabal  poczuł, że coś
z niewiarygodną  siłą  przeciągnęło
go do tyłu.  Odwrócił się i poczuł,
że  uginają  się  pod  nim  kolana.
Gdzieś z cienia wyłonił się kolejny
Shokan,  który   w  obecnej  chwili
ciągnął  go  w  swą  stronę. Jednym
ruchem,    jakby    od   niechcenia
czteroręki     morderca    wytrącił
Kabalowi  jego   halabardy  z  rąk.
Wojownik  jęknął,   ale  po  chwili
przyszła  mu  do  głowy  desperacka
myśl.   Oderwał   z   swego   paska
średniej    wielkości    plastikową
butelekę  i  odniósł  wrażenie,  że
spogląda  w  oczy  śmierci.  Shokan
trzymał  go  za  obie  nogi i jedną
rękę, wolna  pięść mutanta zbliżała
się  szybko do  głowy Kabala. Kabal
wetknął wylot rurki przytwierdzonej
do  wylotu butelki  w usta  Shokana
i wcisnął    guzikznajdujący    się
w szyjce flakonu.  Głowa napastnika
zaczęła  gwałtownie  puchnąć  i  po
chwili eksplodowała z hukiem. Kabal
wylądował     lekko     na    ziemi
i uśmiechnął się pod maską.

,,I love da game!".

Jax podniósł  się znad zniszczonego
androida,   który   jakimś  dziwnym
trafem  cholernie   przypominał  mu
Cyraxa   i   spojrzał   w   ,,oczy"
zielonego     androida.    Znacznie
oddalili  się  od  miejsca  głownej
walki.   Znajdowali   się   obecnie
w małym pomieszczeniu, w którym pod
ścianą  ustawiono  kilka metalowych
szafek.   Robot,   mimo,   iż  stał
nieruchomo,  wysunął  przed  siebie
prawą,       opancerzoną       rękę
i ,,wytrysnął" z  niej strugą kwasu
solnego  o   b.  wysokim  stężeniu.
Jackson Briggs z trudem uchylił się
przed      palącym      strumieniem
i skoczył  do   szafki.  W  obecnej
chwili   był   zadowolony,   że  ma
implanty.  Bez   większego  wysiłku
podnióśł  metalową szafkę  i huknął
nią   w  androida.   Ciałem  Ravena
wstrząsnęło  i   oplatany  wiązkami
prądu  oparł  się   o  ścianę.  Jax
cofnął  się  i  wsunął  szafkę  pod
pachę,  jakby była  to kopia. Wziął
rozbieg i z  całej siły przyładował
szafką  w   głowę  androida.  Raven
wydał z siebie nieprzyjemny zgrzyt,
gdy    jego     głowa    kompletnie
spłaszczyła  się  oparta  o  ścianę
z jednej,     napierana    metalową
szafką z drugiej strony.

Briggs  uśmiechnął  się tyumfalnie,
jednak   już   po   chwili  uśmiech
zamarł  mu  na  ustach.  Ujrzał, że
z szyi   androida   wypływa  cienka
strużka  krwi. ,,To  jednak prawda.
" pomyślał  z  goryczą.  ,,LIN KUEI
zaczęło produkować też cyborgi. Oh,
fuck...."

Porucznik Legionu, Adrian Chmielarz
spojrzał     na     ciała     dwóch
czterorękich      gigantów      tak
,,napakowanych"   ołowiem   z  jego
dymiących     się     giwer,     że
grzechotały, gdy  się ich dotknęło.
Chmielarz  odrzucił   puste  bronie
i już miał się  rzucić w wir walki,
gdy   na  jego   ramieniu  spoczęła
ciężka  ręka.  Odwrócił  się szybko
i tylko  wygląd  osobnika stojącego
za nim spowodował,  że nie zmiażdył
mu     twarzy.     Ujrzał    bowiem
uśmiechniętego  blondyna  w  czapce
baseballowej   założonej   daszkiem
,,do   tyłu"  i   niebiesko  białym
podkoszulku.  Trzeba  nadmienić, że
mężczyzna  (a był  to człowiek) nie
tylko  do  nogawek  czarnych spodni
przytwierdzone    ma    kabury   na
pistolety,  ten  człowiek  wszędzie
miał guny!

W obecnej  chwili  jednak wszystkie
giwery   grzecznie   schowane  były
w kaburach, blondyn  posługiwał się
jedynie pałką. Świadczyło o tym to,
że   zciekała  z   niej  zielonkawa
posoka.

- Porucznik  Chmielarz?   -  spytał
blondyn.

- Porucznik    czwartego    stopnia
Legionu,  Adrian   Chmielarz.  Klan
BlackTooth.   -    odparł   podając
wszystko   oprócz    swego   numeru
identyfikacyjnego,     gdyż     tak
nakazywała żołnierska etykieta.

- Witam      pana,      poruczniku.
- uśmiechnął się  blondyn. - Jestem
kapitan  Curtis   Striker,  gwardia
Nowego  Yorku. Widzę,  że macie  tu
małe problemy.  Otóż przejmujemy tą
 ...    operację.    Na   pierwszym
pokładzie   stoi   już   powietrzny
transporter.  Statek  tonie, proszę
zarządzić    ewakuajcję    pańskich
przyjaciół.     Szczególną    uwagę
zwrócić   proszę    na   renegatów.
- splunął na bok.
- Na kogo, sir? - spytał Chmielarz,
obserwując   zbliżających   się  do
niego wszystkich towarzyszy broni.
- Na   Góreckiego   i   Ogińskiego.
Jeszcze się nam przydadzą. Wykonać.

Chmielarz   wybałuszył    oczy   na
blondyna.  No  tak,  był  od  niego
starszy stopniem.

- Tak jest, sir.

- Dziękuję. Odmaszerować.

Wskoczyli      do      transportera
powietrznego  na krótko  przed tym,
jak  statek  gwałtownie  przechylił
się  na bok  i zatonął  w mrocznych
odmętach.  GulAsH  spojrzał kolejno
na obecnych.

Tuż   obok  niego   siedział  dobry
kumpel  Wicik.   Twarz  Wicińskiego
przedstawiała sobą wyraz kompletnej
rezygnacji  i brak  wiary w ,,dobro
świata".  Martinez  oddychał ciężko
i co    chwila    wypluwał    ślinę
zmieszaną  z  krwią.  Żebro musiało
kłuć płuco. Chmielarz wpatrywał się
z kamienną  twarzą  przez odsunięte
drzwi w  monotonny krajobraz morza.
Lecieli  niezbyt  szybko  i niezbyt
wysoko,   więc   luka,   w   której
siedzieli   mogła    być   otwarta.
Najcięższy  stan  przedstawiał sobą
Waldek  Nowak.  Leżał  na  plecach,
miał rozcięty  łuk brwiowy, złamaną
prawą   rękę   i   połamane  żebra.
Ponadto,  o  mało   co  nie  został
uduszony przez  Shokana. Korzeń-san
nie poniósł  większych strat, celał
strzelnie i tylko raz walczył wręcz
--  dzięki temu  jedyną ,,pamiątką"
było zadrapanie  na lewym ramieniu.
Oczywiście    sztabs-major   Berger
i kapitan Pejotl,  którzy dowodzili
wszystkim ,,z góry" także uszli bez
szwanku. Jeżeli by nie liczyć kilku
podrapań  i lekkich  poparzeń Pawła
Jankowskiego,   który   zmagał  się
z wyjątkowo ,,namolnym" komputerem.

Mamut  wyłowił ruch  daleko od  ich
transportera.   Po   chwili  ciemny
kształt   zbliżył  się   i  Ogiński
ujrzał  identyczny  transporter jak
ten,   w   którym   leciał.  Aparat
zbliżył  się nieco  i Mamut ujrzał,
że  w  otwartych  drzwiach głównego
luku   stoi   Stiker   i   nakazuje
pilotowi,  by zbliżył  się nieco do
nich. Hacker zawołał Gulasha:

- Ash-Can!  Nie uwierzysz,  to cały
czas nie koniec.

- Co?  Co  ty  gadasz?!  -  Górecki
podszedł do drzwi.

Oba transportery  zwolniły prędkość
lotu  i  zrównały  pułap  lotu.  Na
wschodzie  pojawiły   się  pierwsze
promienie słońca.  Striker bardziej
wychylił się z transportera.

- Renegaci!  -  krzyknął.  - Sprawa
jest    prosta.    Rada   Starszych
zdecydowała,   że   dostaniecie  po
drugim   życiu,   co   już  wiecie.
Jesteście   jednak    coś   dłużni.
Musicie   nam  pomóc   w  ofensywie
przeciwko  armii  Shao  Kahna. Jako
jedyni   przeszliście   odpowiednie
inicjacje.  -  ,,RENEGACI"  kiwnęli
głowami. - Kano  ze swoją ,,kapelą"
wykradł   dość  ważny   gaz  bojowy
o nazwie   MA-4-BB,   co   daje  mu
przewagę. Musimy dorwać go zanim on
dotrze   do  portalu.   Sonya  jest
porwana.  Baraka  i  jego  pustynne
komando  też   przyłączyli  się  do
walki.   Będzie   bardzo  krwiście.
Prawdziwy MORTAL KOMBAT zaczyna się
dopiero teraz... Wiem, że macie swe
powody, by się  do nasm przyłączyć.
- tu spojrzał na Gulasha - Lanfear,
Scorpion. - wyciągnął rękę w stronę
Góreckiego - Chodźcie.


CDN  -- Następny  odcinek autorstwa
Gulasha!!!



Offline AloneMan

  • +
  • Wiadomości: 198
Kombat Story
« Odpowiedź #33 dnia: 2005-06-14 (Wto), 05:48 »



Part 6 -- by Mamut


- Sprawdź,     czy     możesz    go
zlokalizować      -      wychrypiał
straszliwie Chmielarz.

Ogiński    drgnął,    lecz   Gulash
wyprzedził   go   i   zasiadł  przy
komputerze.

- A? - spytał lekko urażony Mamut.

Górecki uniósł do góry rękę.

- Nie przeszkadzaj,  chyba go mam..
- Ash  wpatrywał  się  z  napięciem
w ekran,   na  którym   widać  było
jedynie przelatujące kolumny liczb.

Marcin  Kamil odczekał  i po chwili
namysłu  potwierdził  hasło. System
Windows97  z  trudem  ,,przerabiał"
setki megabajtów danych,  ale 64 MB
RAM robiły swoje. Zamlaskał.

- Nic - stwierdził  Gulash. - Jakby
jakiś   fragment    rozpłynął   się
w powietrzu.   Poczekaj...   Kur..!
Spróbuję z trzeciej kolumny.

Legionista wyjrzał przez okno. Mimo
bardzo   późnej    pory,   Martinez
i Wicik   stali  na   środku  placu
i przyglądjąc    się    poskręcanym
trupom     żołnierzy     rozmawiali
o czymś.

- Na to by  wyglądało - potwierdził
Wiciński.

- Front  zbliża  się...  - Martinez
powtórzył  cicho  straszną  prawdę.
- Kur..,   średnio  mi   się  widzi
perspektywa wojaczki.

- A ci wszyscy...  No wiesz, Kabal,
Cage?

- Co z nimi?  - Przasnyski spojrzał
na spowite chmurami niebo.

- Trochę to nierealne...

- Nierealne?!   A    Kamil,   Micz?
A Korzeń?

- No  wiesz  -  wyciągnął papierosa
- Roberta      skosiły      ruskie,
Miczowicza   nie   znaleźliśmy   --
jedyne  co o  nim wiemy,  to to, że
kapitan   Edgewater   twierdzi,  że
Mańkowskiego  poszatkował mutant...
Mutanty są od kilku lat...

- Trzech - poprawił Martinez.

- Od    trzech    lat    wszędzie..
A KaYteck,  Mamutowi i  Lordowi Gul
też mogło się poj...ć. Gulek zawsze
był  dziwny,  podobnie  jak Joseph.
Przecież Józka zamknęli w Arkham...

- Słuchaj  oni po  dwóch tygodniach
od   ,,zgonu"   znalezieni  zostali
w stanie  jakby  zabili  ich  przed
minutą. Na Grenlandii...

 Wicik   zaciągnął    się   średnio
markowym    szlugiem.    Odkaszlnął
i uniósł rękę do góry.

- Nez! Cicho, słyszysz?!

Przasnyski nadstawił ucha.

- Czego?

Wiciński    pobiegł    w    stronę,
z której,  jak   mu  się  wydawało,
dobiegł  go słaby  głos. Po  chwili
ruszył za  nim Przasnyski ściągając
z ramienia zdobyczny AK-47.

Dobiegli   do   drzwi   zniszczonej
kamienicy  i  zaczęli  nasłuchiwać.
Usłyszeli  wątłe,   slabe  wezwanie
o pomoc,  jakie na  ogół podaje się
przez radiostację:

- Nużna pomoszcz - mówił głos. - My
nachodimsja...   Powtariaju...  Wic
splunął,  wyciągnął z  kabury gnata
i skinął na Martineza.

- Trzy... Dwa...  JEDEN! - wrzasnął
i po   chwili    obaj   wpadli   do
pomieszczenia      rażąc     ogniem
krzyżowym rannego żołnierza.

Gdy  przerwali,   Martinez  zapalił
latarkę i  wreszcie mogli przyjrzeć
się  swej ofierze.  Młody żołnierz,
który  cudem   uniknął  śmierci  na
placu zdążył wezwać  pomoc. - Kur..
żesz    niemiła!     -    skwitował
Przasnyski.  -  Tutaj  zaraz  zaroi
się od Sojuszu! Wicu, spieprzamy do
naszych!

- Nie da rady. - podsumował Gulash.

Chmielarz zaklął bezgłośnie.

- Jennifer,     będziemy    musieli
odesłać  cię  do  domu.  Tutaj robi
się  gorąco.  Bardzo  gorąco.  - po
chwili   milczenia    odezwał   się
Ogiński.

- O,    nie!   -    podniosła   się
z miejsca. - Poradzę sobie!

- Słuchaj  -   warknął  Legionista.
- Nie chcemy,  by stało się  z tobą
to, co z uh... Alex.

Gulash  jęknął.   Wspomnienie  było
świeże  i  równie  bolesne  jak  to
o Monice.

- Przepraszam...    -    wymamrotał
Adrian.

- Jen...  Skarbie, posłuchaj  -- to
nie  jest zabawa  - Mamut  próbował
załagodzić spór, który sam wywołał.

- Pieprz się, cieciu - zaczęła Jen,
lecz  przerwali  jej  wbiegający do
środka Wic i Nez.

- Kur..!    -    ryknął   Wiciński.
- Spier...my stąd! Chmielu, zbieraj
tą twoją grajstację!

- Że  jak? -  Gulash nie  zrozumiał
- Czekaj,  Wicu... Co,  jak, z  kim
i po co?!

Martinez  złapał   go  za  kołnierz
i potrząsnął nim kilka razy.

- Wojska   wroga!   Ruskie,  Sojusz
Moskiewski! Wezwali pomoc!

- Fuckin'   Shit!   Chmielu,  pakuj
komputer!   Rany    boskie,   przed
Turniejem...

Z lekka    zdezorientowany    wstał
i podbiegł do drzwi.

- Takiego   wała...  Nie   dam  się
zabić.   -   mruczał,   sprawdzając
magazynek swego Colta 19IIA.

- Dobra. -  Wic skutecznie drygował
zdezorientowanymi      przyjaciółmi
- Mamut,   pozbieraj,   please,  te
guny. Za pięć -- 5 -- minut wszyscy
na  placu!  Jennifer,  trzymaj  się
młodego  i   Martina!  Gul,  zwołaj
Kabala    i    resztę!    Zarządzam
ewakuację!

Górecki     wybiegł     za    teren
zabudowań,   rozejrzał   się  wokół
siebie i runął  w krzaki. Po chwili
ostrożnie  wychylił się  z kryjówki
i wyjął z  kieszeni wojskowej bluzy
lornetkę z wbudowanym noktowizorem.
Przez   dobrą   chwilę   wypatrywał
nadciągających    wojsk    Sojuszu,
w końcu włączył telekomunikator.

- Stryker...  - szepnął.  - Curtis,
kur..!

- Czego? - na  ekranie pojawiła się
pokryta     zgniłozieloną     farbą
maskującą twarz kapitana.

- U   mnie  cisza,   Curt.  Możecie
ruszać.  -  Ash  poprawił upstrzony
ciemnymi   plamami    hełm,   który
Stryker  (nie   wspominając  reszty
munduru) kazał mu włożyć.

Porucznik Marcin  Kamil Górecki raz
jeszcze  spojrzał w  ciemność i  po
cichu, spokojnie  ruszył na miejsce
spotkania z resztą grupy.

- OK...     Raz,     raz,    raz!!!
- krzyknął Jax.

Z budynku wyszli  Martinez i Wicik,
pobiegli w  stronę zburzonego domu,
by osłaniać odwrót  reszty. Za nimi
wybiegli      pozostali     czterej
podwładni   Strykera    z   Gwardii
Narodowej oraz Jennifer.

Gdy  cała grupka  dotarła na  skraj
miasteczka,  Jax ze  swoim potężnym
M-60 w jednej,  a maczetą w drugiej
ręce  zaczął prowadzić  przez gęsty
las.

Stryker    niecierpliwie    chodził
w kółko oczekując  grupy dowodzonej
przez  Jaxa.   W  końcu  oczekiwani
nadeszli.

- Ruszajmy!   Cage    i   Martinez,
będziecie     ubezpieczać     tyły.
Zachować  ciszę!   Godzinę  po  ich
odejściu,  niebo  nad  miasteczkiem
zasłoniły      ciemne      kształty
radzieckich Hindów..

- Yo!  AshCan! -  odezwał się  ktoś
w grupie,  lecz  Gulash  zignorował
go.

...

Ubrany  w  ciemny  garnitur Mateusz
Przasnyski raz  jeszcze spojrzał na
nadchodzącego   klienta.   Był  nim
Akira   Togusa,   szef   japońskich
najemników.

- Witam,     Togusa     -    płynną
japońszczyzną     przywitał     się
Przasnyski.

Japończyk skłonił się sztywno.

- Poprawiłeś       swój      język,
Betut-san. To dla mnie zaszczyt.

- Darujmy   sobie    te   pogawędki
- uciął    Przasnyski.    -    Masz
pieniądze?

Togusa  wskazał   na  swego  Goryla
trzymającego dwie teczki.

- Mam nadzieję, że starczy?

- Też    mam    taką    nadzieję...
- uśmiechnął się.

Przasnyski  skinął  głową  na swych
,,pracowników".  Po  chwili  między
nim  a  Japończykiem  stały pokaźne
skrzynie  z bronią.  Na dany  przez
Betuta znak, jego  Goryl odebrał od
japońskiego ochroniarza teczki.

- Zgadza  się  -  Przasnyski rzucił
okiem na zawartość.

- Lubię  z   tobą  robić  interesy,
Betut-san   -   Togusa   potrząsnął
dłonią sprzedawcy.

Japończyk  odwrócił  się  i  powoli
skierował     się     do    wyjścia
z opuszczonego  magazynu,  w którym
to  odbywała  się  transakcja. Jego
podwładni zaczęli zbierać skrzynie.
Szef   BETUTZ   GUNZ   w  milczeniu
przyglądał     się     odchodzącemu
Japończykowi.

Nagle    Togusa    odwrócił    się,
wyciągając    jednocześnie   magnum
357-B.    Po    chwili    zawartość
magazynka   poleciała    w   stronę
Przasnyskiego.      Ten      poczuł
szarpnięcie  i  ujrzał  przed  sobą
nadciągającą ziemię.  Upadł, a jego
ludzie      zaczęli     ostrzeliwać
podwładnych  Togusy.  Betut  odpiął
koszulę  i odetchnął.  Kule utkwiły
w kevlarze   kamizelki.   Po  cichu
wyjął      z      kieszeni     broń
i odbezpieczył ją.  Nikt z obecnych
nie   zwracał   na   niego   uwagi,
wiedzieli,  że jest  już martwy. To
pozwoliło     mu     na    spokojne
wycelowanie w  pierś Togusy. Powoli
nacisnął spust.

Pocisk zwalił  go z nóg.  W obecnej
chwili   żałował,  że   nie  włożył
kamizelki  kuloodpornej.  Po prostu
zapomniał.    W    jednej    chwili
strzelanina  ustała,  Akira  Togusa
czuł,   że   tym   razem  przegrał.
Z Polakiem.    Kur...!!   Resztkami
świadomości bardziej  wyczuł, niźli
usłyszał      zbliżającego      się
Przasnyskiego.  Polak  nadepnął  na
trzymającą  broń   dłoń  Japończyka
i przyjrzał mu się badawczo.

- Zadarłeś...  -  wycharczał Akira.
- Zadar... łeś z Yakuzą...

Przasnyski   w   spokoju  wytrzymał
wpatrujące   się   w   niego   oczy
umierającego.

- O    nie,    pier....    To    wy
zadarliście.  Xin  Loi! Zadarliście
z Betutem,   a  ja   mam  najlepszą
broń,  muthafucka. To  co, że wtedy
upier.... jej łeb.  To był wypadek.
Nie  był to  powód, by  organizować
pier....  wendetę.  Zadarliście  ze
mną. To jest źle.

Japończyk wywrócił oczami i zmarł.

- Chłopaki,  spier... stąd  - Betut
dość szybko stracił animusz.

Podniósł   się  znad   ciała,  dość
dziarsko    splunął    na    zwłoki
i pobiegł do swego jeepa.

- Spotykamy     się...    Nieważne!
Skontaktuję się z wami! Adios!!!

Jeep  z  piskiem  ruszył  w  stronę
miasta.  Pędząc przez  strome ulice
San  Fransisco,  Przasnyski  starał
się       uspokoić      chaotycznie
furkoczące  w  jego  głowie  myśli.
,,Rany      boskie!"      pomyślał.
,,Yakuza!  Ash-Can tyle  razy mówił
mi  o  niej!  Kurwa  żesz w dupe...
Martinez mnie zabije! Obiecałem mu,
że    zaprzestanę    konfliktów..."
Skręcił w prawo  i pomknął w stronę
doków.

...

Sub-Zero   podniósł   głowę.  Przed
chwilą usłyszał jakiś  hałas, a już
od   dawna  był   bardzo  ostrożny.
Siedział  przy  ognisku  na  leśnej
polanie   gdzieś   w   syberyjskich
lasach. Pełnia  księżyca skutecznie
pomagała    mu    szukać   intruza.
Intruza,   który    zakłócił   jego
spokój,  ale  z  drugiej  strony...
Perspektywa  spotkania  kogokolwiek
po tak długim czasie, jaki minął od
jego  wizyty   w  Klasztorze  Lodu,
radowała      wojowniczą      duszę
Sub-Zero.    Zrzucił    z    siebie
zgrzebną    szatę     z    kapturem
i spojrzał  w  ciemność.  Ten ktoś,
kogo Sub wyczuwał  już nie krył się
ze    swą    obecnością.   Wojownik
wyraźnie   słyszał   skrzypiące  na
zamarźniętym śniegu  kroki postaci.
Po  chwili ujrzał  swego ,,gościa".
Postać,    którą    ujrzał   bardzo
przypominała   mu   znienawidzonego
Scorpiona,   tego,   który  niegdyś
próbował   go   zabić.   Mężczyzna,
który w milczeniu  wszedł na polanę
ubrany   był   głównie   w  czarnej
tonacji z  drobnymi wyjątkami. Jego
stalowa  maska  przykrywająca dolną
połowę   twarzy,   ochraniacze   na
przedramieniach   i   skórzany  pas
były fioletowe. Sub-Zero zbladł

- Ermac! - szepnął. - To ty?...

Filoletowy ninja  milcząc usiadł po
przeciwnej stronie ogniska.

- Ermac... - powtórzył Sub.

Po   chwili    milczenia   wojownik
z podłużną    blizną    na   twarzy
zrozumiał.  Ermac   zjawił  się  na
krótko  przed  pierwszym turniejem,
próbując zgnieść  ideę Turnieju już
w zarodku,  niszcząc  Shang Tsunga.
Został jednak  pokonany przez Goro,
księcia Zaświatów.

- Chcesz    się    teraz   zemścić?
Przecież Goro nie żyje.

Ermac  wpatrywał się  w ogień. Jego
oddech   świszczał   przez  stalową
maskę.

- Shang   Tsung?    -   zasugerował
niepewnie Sub-Zero.

Ermac   spojrzał  na   niego  swymi
niesamowitymi    oczyma   albinosa.
Oczami Scorpiona.

Niebieski      ninja     mimowolnie
wzdrygnął się.

- Shang  Tsung? Chcesz  się zemścić
za jego  wyrok? Wiesz jaki  on jest
teraz silny?!

Fioletowy wojownik podniósł się.

- Chcę  go  tylko   zabić  -  rzekł
zachrypniętym głosem.  - Nie chodzi
o zemstę.  Chcę   go  tylko  zabić.
- powtórzył. - Potem  pójdę w swoją
stronę...

Wyciągnął rękę w stronę Sub-Zero.

- Idziesz  ze  mną?  Razem pobijemy
ich wszystkich.

Wojownik  podniósł się,  zabrał swą
pelerynę.

Razem odeszli w noc.

...

Nienawidził      tych     porannych
demonstracji.  Fakt,  popierał  je,
rozumiał  ideę, ale  nie mógł pojąć
czemu   to   tak   rano?  Mężczyzna
z charakterystycznym     afro    na
głowie   z   głośnym  westchnieniem
podniósł się  z łóżka i  ubrał się.
Dokonał    wszystkich   niezbędnych
czynności,  jakie na  ogół robi się
rano   i  nawet   raźno  zbiegł  po
schodach  na  dół.  Otworzył  drzwi
wejściowe    czynszowej   kamienicy
w której  mieszkał   i  wyszedł  na
ulicę.

Jesienny  chłód  owinął  go  niczym
kokon,  przeszedł do  szpiku kości,
spowodował     okazyjne     drżenie
szczęki... Ubrany  w brązową kurkę,
czarne jeansy i  owinięty pod szyją
czerwonym szalikiem dotarł wreszcie
do  celu  swej   wyprawy  --  grupy
,,młodych   i   gniewnych",   ludzi
mających  ideały,   chyba  jedynych
w tym świecie.

- Cześć,  Andrzej  -  przywitał  go
Lothar, lider grupy.

Andrzej     uścisnął     mu    dłoń
i odwrócił  się,  gdyż  zawołał  do
niego inny, bardziej radosny głos.

- C(w)alineczka!     -     krzyknął
mężczyzna  w  okularach  w  rogowej
oprawie.

- Cześć,  Banan  -  to  będzie może
ciekawsze  niż  myślałem,  pomyślał
Andrzej.

- No, chłopaki --  damy dziś czadu.
- odezwał  się  jeden  z  niższych.
- Kerner i jego  grupa przejdzie od
strony mostu.

- Aha,     rozumiem     -    Lothar
uśmiechnął  się   promiennie.  Miły
chłopak,  ale  czasem  musi  chwilę
pomyśleć.

- Ty,     Andriej     -    zagadnął
C(w)alineczkę     Banana     Split.
- Widziałeś się z Bamsim?

- Nie, a co? Jest tutaj?

- Taa...   -    Krzysztof   zapalił
papierosa. - O,  idzie... - wskazał
gdzieś w tłum.

Po  chwili  milczenia  Andrzej  nie
wytrzymał.

- Ten z brodą?!

- No,  w czasie  bitwy pod  Atenami
lekko   go   przypiekło.   Miotacz,
rozumiesz.   Broda   to   doskonały
kamuflaż. Pamiętaj,  oficjalnie nie
żyje.

O godzinie siódmej piętnaście przed
budynkiem  Lokalnych   Władz  Paktu
zebrał      się      spory     tłum
prostestujących.       Byli      to
w większości     młodzi     ludzie,
wierzący   w   swe   ideały.   Tłum
Oburzonych   przeszedł   dwa   razy
wokół budynku,  w ponurym milczeniu
obserwując      chroniących      go
żołnierzy Legionu. O  wpół do ósmej
zaczęła się  właściwa demonstracja.
Ujawniły   się   flagi  organizacji
pokojowych,  Greenpeace'u   i  tego
typu   nawiedzenia.    Widać   było
transparenty,   kartonowe   tablice
i płonące         kukły.        Nic
nadzwyczajnego.  Andrzej  Cw  alina
zwany   C(w)alineczką    w   niemym
zachwycie  napawał  się ,,imprezą".
Chłonął  wrogie  okrzykie,  wdychał
atmosferę...  Tuż obok  niego, jego
przyjaciel Piotr Pawlak alias Bamse
ryknął donośnie:

- Wojna klas a  nie ras!!! - okrzyk
ten   podchwycony    został   przez
resztę    kilkutysięcznej    grupy.
Wreszcie  trochę  więcej  inwencji,
skonstatował Banana Split.

- Podpiszcie    układ   pokojowy!!!
- ryknęła kolejna postać.

- Nie zabijajcie się nawzajem!!!

- Precz z wojną!!!

- Niszczcie tylko mutantów!!!

- Tak!   Niszczcie   tylko  mutanty
genetyczne!!!

Porucznik Hopper z klanu GrimReaper
jednym      słowem      potwierdził
przyjęcie rozkazu. Nasunął na twarz
szklaną  przyłbicę  i  wydał rozkaz
wymarszu całej grupie.

- Panowie,   ma   obejść   się  bez
większej  ilości trupów.  - mruknął
Hopper.

Żołnierze   Legionu   odbezpieczyli
M61A-1.

- Naprzód... Maaarsz!

Legion zarabiał na chleb.

...

Jesień powoli  przechodziła w zimę.
Rzadko  kiedy  zza  chmur wyłaniało
się słońce,  w przeważającej ilości
padał   śnieg  z   deszczem.  Grupa
przyjaciół szła  wytrwale na północ
co rusz ślizgając się na gliniastej
drodze.  Górecki   zaklął  wściekle
rozcierając  zgrabiałe  dłonie.  Na
wpół   wypalony    papieros   ledwo
trzymał   się  w   sinych  wargach,
deszczowa       woda       spływała
strumieniami    z     jego    hełmu
rozpryskując się  na zgniłozielonym
ponczo. Spojrzał na resztę grupy.

Stryker   szedł   tuż   przed   nim
wypatrując   powracającego  zwiadu.
Jax  podtrzymywał  słaniającego się
Kabala, a nawet Cage stracił coś ze
swego image. Martinez  szedł z tyłu
mierząc ze  swego AK-47 w  tył jako
prowizoryczna   straż   tylna.   Od
wczoraj  zaczął nawet  palić. Wicik
kuśtykał   środkiem   drogi.   Rano
wlazł   na  jakiś   drut  kolczasty
i podziurawił  sobie  stopę.  Teraz
jego   prawa  noga   owinięta  była
brudnymi bandażami. Iść pomagała mu
Jennifer.  Gul-AsH  pokiwał  smutno
głową. Po  części czuł się  za nich
odpowiedzialny
.

Podszedł do niego Ogiński.

- Chłopie,   ja   dłużej   nie  dam
rady... - jęknął.

Przez  te  cztery  dni  od  momentu
opuszczenia   owej   fatalnej   wsi
strasznie       się      postarzał.
Podkrążone      oczy,     posiwiały
kilkudniowy  zarost  i wszechobecne
zmarszczki  robiły   nie  najlepsze
wrażenie.

- Stary,   kur..,   nie   łam  się.
Wszystkim jest  ciężko. - pocieszył
go Ash.

- Nie  łam  się?!  Spójrz  na  nas!
Chmiela..   o,   kur..!   -   Mamut
poślizgnął  się i  upadł na kolana.
Gulash  pomógł mu  wstać. - Dzięki.
O czym  to  ja?  Aha,  słuchaj  no,
bracie-rycerzu.   Chmielarz   ledwo
trzyma    się    z    wycieńczenia,
Martinezowi  znów   dokucza  żebro,
noga Wicika  spuchła jak cholera...
Chcesz  posłuchać  dalej?  No, może
Stryker jakoś się trzyma, ale Kabal
ledwo  idzie,  natomiast  ręce Jaxa
... zaczynają rdzewieć.

Gulash  zaśmiał się  nerwowo. Mamut
kontynuował.

- Na   dodatek  Cage   ma  początek
grypy,  ja  zresztą  też.  Ty także
długo nie pociągniesz, Ash-Can...

- Zalewasz,  chłopie.  Tak  źle być
nie może, no nie?

- Masz, kur.., rację. Jest gorzej.

Gulash splunął na ziemię.

Przez chwilę szli w milczeniu.

- Co tam się  dzieje? - warknął Ash
słysząc  jakiś  hałas  na  początku
grupy.

- Chyba  zwiad wrócił...  - mruknął
Ogiński.

- Yo,  Stryker! Whassup?!  - Gulash
przyśpieszył kroku.

- Johnson mówi, że dwa kilometry na
północ jest miasto Paktu. Dessau.

Marcin Kamil splunął na ziemię.

- Więzienie Dessau?

- Na  to  wygląda...  -  do rozmowy
włączył się Chmielarz.

- Jakie     ,,Więzienie    Dessau"?
- spytał nie rozmiejący Stryker.

Gulash  ziewnął  przeciągle. Cztery
dni  ciągłej  ucieczki  zaczęły się
odzywać gdzieś na dnie jego umysłu.

- Wezienie  w   Dessau  -  wyjaśnił
- zostało wybudowane  w listopadzie
1996   roku.    Są   tam   trzymani
wyjątkowo...      hmm...     dziwni
przestępcy.  Także   i  zbrodniarze
wojenni. Taki Arkham Asylum.

Mamut  spojrzał  na  Gulasha  spode
łba.  W Europejskim  Wdziale Arkham
trzmano     szalonego    komandosa,
jednego   z   Czerwonych   Beretów.
Łukasza Burę zwanego Josephem.

- Dziwni? - spytał kapitan Stryker.

- Och,   przestępcy    tego   typu:
Obcinali ofiarom ich palce i robili
sobie     z      nich     czapki...
- z     rozbrajającą    szczerością
podsumowywał Ash. -  Czy jakoś tak.
Wiesz,  Curtis,  takie  tam, kur..,
niezwykłe    rzeczy.    Ważne,   że
będziemy   mogli  się   tam  najeść
i chwilę   pospać.   Oni   tam  ich
trzymają  w klatkach  tak, że nawet
palca nie wyjmą. Hehehe.

- Za  dwie   godziny  wchodzimy  do
miasta - powiedział Stryker.

Dessau   stanowiło   jedną   wielką
twierdzę.   Wysokie   mury,   druty
kolczaste   i  płoty   pod  wysokim
napięciem     stanowiły     esencję
zabudowań.      Dessau      budziło
skojarzenia   z   tymi   wszystkimi
zamkami  potrafiącymi  utrzymać się
przez   wiele   dni   pod   naporem
potężnego  najeźdcy. Wszystko  z tą
różnicą, że tu zbudowano to tak, by
równie  trudno  było  wydostać  się
z twierdzy   jak  do   niej  dostać
z zewnątrz.   Drużynę   ,,powitali"
dwaj strażnicy z szarpiącymi się na
smyczach    dobermanach.   Znudzeni
ciągłym  wystawaniem  przed  główną
bram  ą  wyraźnie  odżyli  na widok
,,kasztanowej"  Jennifer.  Na widok
Legionisty   nie   byli   już   tak
radośni, ale  wskazali przynajmniej
drogę do szefa.

- Kur...   I  to   ma  być  wojsko?
- ziewnął   Chmielarz,   gdy   szli
korytarzami   Dessau    w   asyście
rosłego strażnika.

Cele  Więzienia   w  Dessau  robiły
równie  przygnębiające  wrażenie co
jego    widok   z    zewnątrz.   Za
laserowymi barierami siedzieli Oni.
Degeneraci,          odszczepieńcy,
psychopaci,     wreszcie    mutanty
genetyczne   powstałe    w   wyniku
użycia  pewnego  gazu  na  początku
wojny.   Rzadko   kiedy   siedzieli
w milczeniu,  w   większości  wyli,
ryczeli   i   śpiewali,   obrzucali
obelgami   i    wyzwiskami.   Grupa
znosiła  to   w  milczeniu,  jednak
trawiony  przez gorączkę  Wicik nie
przepuszczał     takiej     okazji.
Odpowiadał  ze  zdwojoną  furią  na
wyzwiska   waria    tów,   wkur...ł
morderców.

Po  rozmowie   z  ,,administratorem
placówki"    rozlokowani    zostali
w zachodnim   skrzydle.   Otrzymali
też   niezbędną   pomoc   medyczną.
Wieczorem  cała grupa  spotkała się
w stołówce.

- Posłuchajcie,  zabrzmi   to  może
głupio,  ale   mam  przeczucie,  że
Portal    otworzy     się    tutaj.
- z    grobową    miną   powiedział
Stryker.  -  To  doskonałe miejsce.
Wojownicy  są   tutaj,  ponadto  ma
mnóstwo dusz do zabrania...

- No  tak  -   przerwał  mu  Mamut.
- Ale,  jeżeliby   wierzyć  śmierci
Micza, to brakuje tu jeszcze Baraki
i jego grupy.

- Ale,  kur..,  Wybrani  Wojownicy,
którzy nie znajdą się w odpowiednim
miejscu  zostaną  przeteleportowani
na miejsce turnieju.

- Właściwie,  to  Stryker  ma rację
- odezwał  się  po  chwili  Gulash.
- A kiedy by to nastąpiło?

Jax odkaszlnął nerwowo.

- Jeżeli  Kano  zabił  obiecane dwa
miliony    ludzi...     -    zaczął
niggerskim basem.

- Jakie dwa?! -  przerwał mu Wicik.
- Skąd wiecie?!

Wielki  murzyn  spojrzał  na  niego
z dezaproatą.

- Widzisz,  białasie   -  wycedził.
- Tego   NIE  BYŁO   w  grze...  Po
trzecim     turnieju    praktycznie
zabiłem  Kano.  Ale  on  zawarł, co
pewnie  wiesz, pewien  pakt z  Shao
Kahnem.   Kahn   zgodził   się   na
oszczędzenie Kano'a, pod warunkiem,
że  łysy da  mu dwa  miliony innych
żyć. Po to potrzebny był mu gaz.

- Ale Kano, nie  przerywaj mi, Jax,
uczy   obsługi    ziemskiej   broni
zastępy Kahna. - odparł Ash.

- Kahn   to  chciwy,   a  przez  to
często  głupi   władca.  -  mruknął
Murzyn.

- Kur..    Mać...     Kur..    Mać!
- krzyknął   Mamut.    -   Jesteśmy
zgubieni!       Rozpier...      nas
wszystkich!!!  -   wyjął  z  kabury
swego     blastera     i    wyszedł
z pomieszczenia.

- No,  to  jednego   mamy  z  głowy
- Cage     uśmiechnął     się     .
- A  wracając do  tematu, to  jeśli
Kano  zabił  te  dwa  melony, co na
pewno  zrobił, to  Walki zaczną się
za... hmm... trzy-cztery dni.

Odczekał, aż  szczęka Gulasha wróci
z podłogi do ust i dokończył:

- To już się nie ma co bać.

Mamut   przeszedł   do   północnego
skrzydła. Znajdowała  się tam tylko
jedna   cela,  przed   wejściem  do
skrzydła   Ogiński    spojrzał   na
wiszącą    na    ścianie   notatkę.
,,Joseph    R.    Edwards.    Znany
pseudonim:  Pain.  Wyciąg sieciowy:
1987,  rabunek z  zabójstwem; 1988,
zabóstwo  masowe  (175  osóB) przez
podpalenie..."     Darował    sobie
dalszą lekturę.

Spojrzał      przez      iluminator
w drzwiach    celi.    W   półmroku
dojrzał  coś,  co  zaniepokoiło go.
Ogiński wcisnął odpowiedni guzik na
konsoli  i  z   blasterem  w  dłoni
wkroczył w  ciemność. Pomieszczenie
okazało         się        swoistym
,,przedpokojem",   celę   Paina  od
świata    zewnętrznego   odgradzały
jeszcze  jedne  stalowe  drzwi. Aby
otworzyć  drzwi  do  celi, należało
wpisać   jeszcze   hasło.  Odwrócił
się,  gdyż usłyszał  za sobą  jakiś
hałas.  W drzwiach  prowadzących na
korytarz zobaczył Chmielarza.

- O,  cześć.  -  powiedział  pustym
głosem Mamut.

Chmielarz  skinął   głową,  wyminął
,,młodego"  i  podszedł  do konsoli
przy  drzwiach.  Wpisał  kombinację
i drzwi otworzyły się.

- Co?!   -    Mamut   podbiegł   do
Legionisty.   -   Co   ty,  kur..?!
Totalnie czy odjeb..?  - wpisał coś
na  konsoli. -  Chmielarz, ty dupo!
Nożesz kur.. zrób coś!!!

- Co?  Przecież   nie  znam  hasła!
- odparł  Chmielarz  opierając  się
o ścianę.

Mamut przyłożył pięścią w aktywator
alarmu.

- Edwars!  Wyłaź, kur..!  - Ogiński
zajrzał do celi.

Odwrócił się do Legionisty.

- No  pomóż mi,  do Jasnej Anielki!
Nie stój tak...

Nie    zdążył    dokończyć,    gdyż
z milczący  dotąd  więzień wytrącił
mu z dłoni broń i wybiegając z celi
przyłożył   mu  w   szczękę.  Mamut
upadł ciężko na posadzkę.

Edwars    podniósł     jego    broń
i wycelował   w    twarz   hackera.
Uśmiechnął się,  okazując swe białe
zęby.

- Nie,  Edwars... -  powstrzymał go
spokojny  głos Chmielarza.  - Połóż
broń i chodź ze mną.

Wielokrotny  Morderca  odwrócił się
w jego stronę i,  co dziwne, rzucił
blastera  na  ziemię  i  poszedł za
Legionistą!

Porucznik Adrian Chmielarz pierwszy
wbiegł    do    celi,    w   której
uatkywniono   alarm.    Złapał   za
kołnierz  na   wpół  nieprzytomnego
Ogińskiego i  spróbował postawić go
na   nogi.   Ten   otworzył   oczy,
warknął  i  brutalnie  odrzucił  od
siebie porucznika.

- Adrian!..  -   wycharczał.  -  Ty
łysa  świnio!!!   -  dojrzał  swego
blastera i schylił się po niego.

Chmielarz patrzył  oczami wielkości
spodków   na  celującego   w  niego
z gun'a Ogińskiego.

- Jezu Chryste... - jęknął Adrian.

- Zamknij  się,  zdrajco!  - ryknął
Mamut - Kur.. mać! Wypuściłeś go!

- Co ty pierdo...

- Zamknij   się!   Ręce   na  kark,
muthafucka!

Legionista  posłusznie  złożył ręce
pod głową.

- Kur..,   cieciu!   Uspokój   się!
- warknął.

- Zamknij  mordę,  na  podłogę! Nie
zgrywaj      idioty,     Chmielarz!
Wypuściłeś    go,    sam,    kur..,
widziałem!

W drzwiach pojawił się Martinez.

- Mamut, odłóż broń! - krzyknął.

Ogiński  nawet nie  odwrócił się do
niego.

- Spieprzaj,  Przasnyski!   To  nie
twoja sprawa!

- Mamut,   powiedziałem   --  odłóż
broń!

Mamut odwrócił się do niego.

- Przasnyski,  błagam   cię.  A  ty
- zwrócił    się    do   Chmielarza
- nawet,    kur..,    nie   drgnij.
Przasnyski...   Martinez,  spier...
stąd! Nie chcę cię zabić!

- Mamut,  uspokój  się  i  oddaj mi
broń!

- Martinez,  proszę...  błagam cię,
spier...! Nie chcę cię zabić.

- Zostaw  go!  -  krzyknął  stojący
obok  Neza  były  naczelny HARDCORE
YUNKIES.

- On  go  wypuścił!  -  zadrżał  MC
- Ten   łysy   muthafucka  wypuścił
Paina!  -  Co  ty  pier...!  Poj...
cię?!  -  odezwał  się  po dłuższej
przerwie Chmiel.

W odpowiedzi  hacker  sklął rodzinę
Legionisty   do   czterech  pokoleń
w tył,  nie  skończył  jednak, gdyż
,,przykuty"  został do  ziemi przez
Gulasha.

- Mamut,   kur..,  leż   cicho,  bo
jeszcze bardziej sobie zaszkodzisz!

- Ale  on  wypuścił  Paina! Kur...,
jesteś razem z nim!

- Nie   jestem  z   nim!  -  Gulash
zablokował  ręce  Ogińskiego.  - To
był Shang Tsung! Przecież Chmielarz
był  z  nami!!!   To  był  morphing
Tsunga!

- Gulash, stary... puść mnie!

- A  będziesz  spokojny?  - Górecki
spojrzał po chłopakach.

Martinez rozglądąłm  się nerwowo po
pomieszczeniu, wyglądało  na to, że
były naczelny  eSeSa jest cokolwiek
roztrzęsiony. Chmielarz, natomiast,
trząsł się z  wściekłości. Nie było
większego      upokorzenia      dla
Legionisty    niż    zmuszenie   do
poddania się.

- Marcin,  puść  mnie!  - powtórzył
Mamut.

- Będziesz spokojny?!

- Puść  mnie!!!  -  próbował wyrwać
się Ogiński.

- Będziesz spokojny?

- Tak!  Kur..,   będę!  Teraz  puść
mnie, co?

Uścisk zelżał.

- Jeszcze   cię   dorwę,   zdrajco!
- ryknął  Mamut  i  wyślizgnął  się
Gulashowi.

Jego    pierwszy     cios    został
zablokowany    przez    Legionistę,
jednak       drugi,      wymierzony
w szczękę, trafił prawie doskonale.
Chmielarz opadł  ciężko na podłogę,
a Ogiński  rzucił   się  na  niego.
Przez  chwilę hacker  uzyskał pewną
przewagę,  lecz   już  w  następnym
momencie    górą     był    Adrian.
Legionista   swe   lewe  przedramię
oparł   na  szyi   Łowcy,  a  prawą
pięścią    przylutował    w   twarz
,młodego".

- Skur..!  Ja zdrajca?!  - jakby na
potwierdzenie    swej   niewinności
wyprowadził cios na szczękę.

Okrwawiony  Mamut   zdołał  jedynie
odsłoniętymi   kolanami  (Chmielarz
zapomniał    ich    zablokować   na
początku  walki)  przykopać  między
nogi  żołnierza.  Legionista zwinął
się,   jęknął   i   zacisnął  zęby.
Ogiński  wykorzystał ten  moment by
,,przypieprzyć"    mu    z   łokcia
w żebra    i    odsunąć    się   od
szalejącego z bólu Chmielarza.

Stojący dotąd  nieruchomo, Martinez
i Gul-AsH     zabrali     się    do
powstrzymania   obu   mężczyzn   od
dalszej walki.

- Spokój! - ryknął ,,Martee Ness".

- Słuchaj,  Mamut!  -  warknął Ash.
- To,  co widziałeś,  to był  Shang
Tsung!!!  To  był  jego  morphing!!
Wykorzystał swą  umiejętność po to,
by   po   pierwsze   wyzwolić  tego
ciecia, a secundo,  by zasiać u nas
pieprzone      ziarno     niezgody!
Rozumiesz?!

Mamut  splunął  krwią  i  po chwili
skinął  głową. Stosunki  między nim
a Chmielem  nigdy  nie  powrócą  do
normy.

Następnego  dnia  Chmielarz  wezwał
,,artylerię".       W       związku
z przewidywanym             atakiem
z Zaświatów     postanowiono,    że
wsparcie nie  będzie głupią rzeczą.
Cała  grupa  pozostawała  w głównej
sali  zachodniego  skrzydła  bardzo
wyludnionej  Twierdzy.  Wczorajszej
nocy  zniknęli  wszyscy  strażnicy,
poza  tym  więźniowie  nie odzywali
się. Wariaci, psychiczni degeneraci
i mutanci  milczeli,  skrywając swe
chore tajemnice.

Atmosfera  była   nerwowa.  Wszyscy
siedzieli  przy  ogromnym,  dębowym
stole.  Oczekiwali na  Legion. Nikt
nie odzywał się.

Jedynym   zadowolonym   był  Wicik,
którego  stopa,  owinięta  w świeży
bandaż,  zaczynała  się  goić. Obok
niego      siedział      polerujący
w milczeniu swe ramiona Jax. Gulash
grał w coś na Notebooku Legionisty,
a on  sam golił  się bagnetem. Cage
w zamyśleniu wpatrywał się w sufit.
Siedząca obok niego Jen cerowała mu
bluzkę.  Kabal, podobnie  jak Cage,
wpatrywał    się    w    przestrzeń
i mechanicznie  przecierał  szmatką
swe halabardy.  Martinez przysypiał
na  krześle,  opierając  się  ramię
Strykera. Mamut  naprawiał zniszoną
klamr ę w bucie.

Nagle   w   powietrzu   uniósł  się
łoskot wirnika helikoptera.

- To     Legion...     -    mruknął
Legionista. Podniósł  się z krzesła
i szybkim      krokiem      wyszedł
z pomieszczenia.

Na   dachu  Więzienia   Dessau  dął
strzaszliwy       wiatr.      Wiatr
potęgowany jeszcze  łopatami śmigła
transportera.   Martinez   poprawił
płaszcz   znaleziony   w  magazynie
twierdzy.  Przez  ostatnie  dwa dni
udało im  się zgromadzić imponującą
ilość zapasów.

Helikopter  dotknął  płozami  płyty
lądowiska i po  chwili wysypało się
z niego     dziesięciu    żołnierzy
Legionu.  Ich  pancerze  wymalowane
były w czarne i czerwone pasy.

Najwyższy    stopniem,    porucznik
Harris, podszedł do Chmielarza.

- Poruczniku.      -      Chmielarz
zasalutował.

Harris stuknął  stalowymi obcasami.
Odpowiedział     nieco     bardziej
nonszalanckim   salutem.  Wymienili
grzecznościowe  formułki  --  klany
i dywizje macierzyste.

- Poruczniku  -   zapytał  wreszcie
Chmielarz.   -  Co   mają  oznaczać
wasze... mundury?

- Poruczniku,   -   odparł  Harris.
- Jesteśmy Czarnym  Legionem! - Jak
to?  Nic nie  wspominaliście, kiedy
rozmawialiśmy przez Internet...

- Pieniądze  bierzemy   jedynie  od
nie-Legionistów, jeśli rozumie pan,
co mam na  myśli. Nie będę ukrywał,
pomagamy  wam, gdyż  mam wobec pana
dług wdzięczności.

- Rozumiem.  -  mruknął  Chmielarz.
- Proszę   na  dół.   Zapoznam  was
z planem, poruczniku.

...

 -  ...Będzie  to  misja,  z której
wielu   z  nas   może  nie  wrócić.
Będziemy walczyć z czymś, czego nie
znamy.   Z    rzeczami,   w   które
większość   z  nas   nigdy  by  nie
uwierzyła.   Reasumując,   otwarcie
Portalu   powinno   nastąpić  dziś.
- nie    czekając    na    oklaski,
Przasnyski zaszedł ze stołu.

Grupa   mająca    zatrzymać   armię
Zaświatów    wyglądała,   niestety,
średnio  imponująco. Jeżeli  by nie
liczyć    Martineza,    Chmielarza,
Gulasha,  Wicika, Jen,  Mamuta oraz
Wojowników    --    składała    się
z czterech ludzi  Gwardii Narodowej
oraz dziesięciu Legionistów.

- Plan  jest następujący.  - podjął
Stryker.  -  Ja,  Jennifer  i Wicik
z racji  jego  nogi  zostajemu  tu,
w ,,centrum"      z     Notebookiem
Chmielarza.   Korzystając   z  tych
czujników,     jakie    znaleźliśmy
w zbrojowni,  po   nałożeniu  planu
Dessau na paletę, będziemy w stanie
śledzić wasze wszystkie poczynania.
Chodzi   tu  jedynie   o  to,   czy
żyjecie  czy nie  i gdzie leziecie.
To prowizoryczne centrum dowodzenia
będzie naszą przystnią. Prowadzą do
niego  tylko   jedne  drzwi,  które
zamykać i otwierać można jedynie od
wewnątrz. Resz ta pójdzie...

- Jak   sądzisz,   gdzie   się   to
otworzy?    -    spytał   półgłosem
Martinez.

Gulash  wyjrzał  ostrożnie  za  róg
korytarza  i   przebiegł  na  drugą
stronę.

- Nie  wiem...  Mamut,  ubezpieczaj
szefa od prawej,  ja zajmę się lewą
stroną - szepnął Górecki.

- Ten-Four -  potwierdził blady jak
ściana Mamut. Spojrzał z niesmakiem
na  Legionistę,  który  odwzajemnił
się równie kwaśnym spojrzeniem.

Martinez przebiegł cicho do Gulka.

- Kur..! O,  przepraszam... - Wicik
czuł    się     lekko    zażenowany
w towarzystwie  Jennifer.  Znał ją,
co  prawda, od  dawna, ale  później
była wojna i w ogóle... -

- Stryker! Ktoś jest na linii.

Kapitan pochylił się nad komputerem
i wcisnął   ikonę   INTERCOMMu.  Na
ekranie  pojawiła  się  twarz Kano.
Obraz          pojawiał         się
z ćwierćsekundowym     opóźnieniem,
więc  ruchy  twarzy  nie współgrały
z nadawanym dźwiękiem.

- Yo, Stryker.  Widzę, że czekacie?
To  dobrze, czekajcie  dalej. Macie
jeszcze  dziesięć minut,  bo za  te
dziesięć  minut  Dessau  przestanie
istnieć. Słupy  podtrzymujące i pod
lądowiskiem.        Jeśli       się
pośpieszyćie,  zdążycie.   To  tyle
w klubie   BlackDragon   na   dziś.
Peace!

Stryker zbladł.

- Wicu,    daj    mapę   taktyczną.
- Wiciński  wcisnął  kolejną ikonkę
i na  ekranie  pojawiła  się  szaro
czarna mapa obiektu.

Stryker sięgnął po telekomunikator.

- Harris,  jesteście   w  kotłowni?
Sprawdźcie,   czy  nie   ma  czegoś
dziwnego       przy      wsporniku.
- wyjęczał   Curt   wpatrując   się
w ekran.

Po chwili przyszła odpowiedź. Huge,
potężny        murzyn,        jeden
z Legionistów   Harrisa   przakazał
meldunek.

- Kur.. mać, Stryker! Pod tym syfem
jest  bomba typu  B-5! Rany boskie!
Wystarczy, by  rozwalić ten pierd..
budynek, chłopie!

Stryker    przełączył    na   linię
ogólnodostępną.

- Do   wszystkich   jednostek!   Tu
kapitan  Stryker!  Za  osiem  minut
nastąpi      kure...      eksplozja
i rozpieprzy  pieprzony  budynek!!!
Zarządzam  ewakuację!!!  Niech nikt
nie otwiera cel!!! Bierzcie jedynie
niezbędne rzeczy!!!  Kur.., ludzie,
ruszcie dupy!!!!

Wyłączył                   ,,obraz"
w telekomunikatorze,  pozostawiając
jedynie dźwięk.

- Jennifer,   bierz   ten   pier...
komputer! Wicik, dokuśtykasz?

...

Uciekających    powitał    padający
powoli śnieg.  Dobiegli na wzgórze,
z którego widać  było więzienie. Na
krótko  po  tym,  jak  tam dotarli,
Więzienie   w    Dessau   przestało
istnieć.  Prócz  tego,  zginęło dwa
tysiące więźniów wojennych. Stryker
rozdawał  ciepłe  ubrania.  Było to
jedną  z  niewielu  korzyści pobytu
w Dessau.

- Wszyscy   są?!   -   spytał  Cage
poklepując się po ramionach.

- Taaa... - wyjęczał Huge.

- Chwila,   gdzie    jest   Chmiel?
- odezwał się Ash.

- Tuuu... - wysapał Legionista.

- Kano   nie   zabił   swych  dwóch
patyków.    -   z    grobową   miną
powiedział  Wic. -  Chce przedłużyć
zabawę...  Kurna,  nie  mogę złapać
oddechu...

Martinez  spojrzał na  księżyc. Ow!
Ow!

- Nie  ma  co  tak  stać. Ruszajmy.
- odbezpieczył broń.

Grupa   zaczęła   schodzić   wzdłuż
zbocza.

X X X

4 THA  TIME  BEING  IT  IS THA END,
MAN.






Pozdrawiam wszystkich, niech duch SS będzie z wami!!!

Offline Sarlok

  • +
  • Wiadomości: 10
Kombat Story
« Odpowiedź #34 dnia: 2005-06-16 (Czw), 20:09 »
Dzięki niech SS będzie z tobą

Offline Sarlok

  • +
  • Wiadomości: 10
Kombat Story
« Odpowiedź #35 dnia: 2005-06-24 (Pią), 20:42 »
Podsumowywując 6 część ukazała się w SS 46, od numeru 47 Mamuta nie ma na stopce redakcyjnej a kombat story znika z menu CD, za to w resecie w numerze 2/98 (10) pojawia się list od czytelnika:

"Kombat story w bardzo ciekawym momencie zostało przerwane. Bardzo mnie to wkurzyło, czy będzie ona na waszych łamach kontynuawana?"
                                                                    Termoos

Myślimy nad czymś podobnym. Na razie Mamut pracuje nad ostatecznym zakończeniem historii

pozostaje tylko na zapytać się na forum Reseta czy w ogule do tego doszło

Offline ornit

  • +
  • Wiadomości: 24
Kombat Story
« Odpowiedź #36 dnia: 2005-06-24 (Pią), 21:21 »
Cytuj
pozostaje tylko na zapytać się na forum Reseta czy w ogule do tego doszło
[snapback]108521[/snapback]
Nie przypominam sobie aby gdziekolwiek to później publikowano. Poza tym prawa autorskie... <_<