Archiwum > BCK:Sesje RPG

Pod Utartym Szlakiem

(1/33) > >>

SeeM:
Prolog.

Dzień był w zasadzie ładny. Słońce co jakiś czas wystrzeliwało zza poszarpanych chmur, a wiatr nie wył tak przeraźliwie jak wczoraj. Jednak wszędzie było widać oznaki nawałnicy. Wilgotne, żółte liście leżały na całej szerokości gościńca tak, że chwila nieuwagi mogła kosztować złamaną kończynę. Kilka rosnących wzdłuż drogi dębów dzielnie stawiło czoła żywiołom, ale nie można było tego powiedzieć o okolicznych polach i co biedniejsi chłopi w zasadzie mogli już zacząć się pakować. Co bogatsi mogli za to spędzić czas na zapijaniu zmarnowanych zbiorów. Jednak tak na prawdę byli ludzie zadowoleni z obecnego stanu rzeczy. Ze zdesperowanych chłopów, przemokniętych do nitki wędrowców, którzy zlekceważyli oznaki nadchodzącej burzy, ze śliskiej drogi. Wreszcie z niepewnej jeszcze do końca pogody. Jednym z nich był wiejski znachor, który jak mało kiedy miał pracy - już dawno nie widział tylu obtłuczonych kolan, skręconych kostek i tylu miedziaków od wdzięcznych rodziców, jak i podróżnych. Druga osobą był gospodarz zajazdu \'Pod Utartym Szlakiem\'. Nie dość, że zastój w interesach wynagrodził mu ów znachor, który u niego urządził sobie tymczasowo kwaterę, to podróżni patrzyli na jego przybytek łaskawszym niż zazwyczaj okiem i szczodrzej niż zazwyczaj okazywali swe zadowolenie. Zwłaszcza, że w okolicy brakowało jakiegokolwiek innego miejsca, gdzie możnaby było się schronić. Chyba, że liczyć wiejskie tawerny...

Zajazd był nie tyle niezadbany, co cierpiący na chroniczny niedobór kapitału. Jakkolwiek nie budził specjalnej odrazy, to widać było, że wielkie plany jego gospodarza musiały ustąpić jego finansowej dyzpozycji. Nie najlepszej dyspozycji... Brama była solidna, choć zawiasy już z lekka przyrdzewiały i otwieranie jej było niemałym wysiłkiem dla dwóch dorosłych mężczyzn. Dalej nie było lepiej. Urządzona \'polowa kuchnia\' to kilka długich ław i miejsce na całkiem spore ognisko znajdowała się po lewej stronie posesji. Prawa stronę stanowiła jednopiętrowa karczma jak i dobudowana do niej od tyłu stajnia. Ta była duża, ale tylko częściowo zagospodarowana. Starczyłoby miejsca na dwadzieścia koni, gdyby połowa nie była kompletnie pusta. I tak, na skutek \'przepełnienia\' zwierząt musiał stale pilnować któryś z czeladzi, aby każde stało mniej więcej na swoim miejscu i nie dochodziło między nimi do przepychanek.

Sama karczma była, przy samej ziemi, podmurowana. Jednak wystarczyło się przyjrzeć bliżej by zorientować się, że konstrukcja była w całości drewniana. Przez dwa spore okna umieszczone po obydwu stronach drzwi przebijał się miły każdemu podróżnemu widok.
Wnętrze prezentowało się całkiem dobrze, przynajmniej na parterze - lada była w istocie przedniej roboty dębową ławą a gospodarz miał do dyspozycji dobrze zaopatrzony kredens. Stoliki i krzesła były dość proste, ale siedziało się wygodnie. Podpórki pod łokcie i lekko zaokrąglone oparcia dobrze spełniały swe zadanie.

Gorzej było z piętrem, które, chociaż obszerne, nie zostało do końca wykończone. Niektóre też drzwi raziły wyraźną prowizorką a za zamiast kluczy goście dostawali mocne patyki, które mogli włożyć w przeznaczone na nie obręcze. Rzecz jasna, zamykanie takich drzwi od zewnątrz nie zabezpieczało dobytku gościa w żaden sposób.

Jednak gospodarz starał się jak mógł nadrabiać niewygody swym dobrym humorem i sporym zapasem nawet niedrogiego piwa. Kominek (nad którym umieszczono przeciętne malowidło ukazujące jakiś stary zamek) urządzony na samym środku północnej ściany również robił swoje. Zmarzniętym i nie do końca wysuszonym jeszcze podróżnym wystarczało to za wszystkie pałace świata. Przynajmniej takie sprawiali wrażenie.

W karczmie panował okresowo nawet tłok, ale szybko okazało się, że większość podróżnych chciała tylko coś przekąsić, ogrzać się i ruszała dalej chcąc nadrobić stracony czas. Część ludzi zebrała się tylko z powodu śliskiego gruntu. Tak więc gospodarz z przykrością musiał przyjąć do wiadomości, że (choć w istocie kilku gości postanowiło zostać \'dzień, lub dwa\') to rozruch był jedynie chwilowy. Wysyp gości zdawał się kończyć i wraz z upływem dnia coraz mniej ludzi zaglądało do karczmy.


Jest dość chłodny, październikowy wieczór. Coraz więcej chmur gromadzi się na niebie, ale nie zanosi się na deszcz. Przynajmniej nie w ciągu najbliższych godzin. Przed zajazdem nie ma zbyt wielkiego ruchu, ludzie raczej wychodzą niż przychodzą. Przedstawicieli innych, szlachetnych ras nie widać.
Brama jest otwarta na oścież, więc, jeśli dysponujesz sakiewką wypchaną srebrem, czy choć paroma miedziakami na dzisiejszy wieczór, zapraszam.                    

Diabellus:
Podruzujac troche po swiecie trafilem na jakis podupadajacy zajazd. Stanolem ostroznie w bramie i przyjzalem sie wszystkiemu. Do czesto remontowanych ten zajazd zapene nie nalezal. Ruszylem spokojnym krokiem do karczmy. Musialem podpierac sie na kosturze, zawsze kuleje jak jest brzydka pogoda. Ostroznie otworzylem drzwi i weszlem do przybytku. Obrzucilem wszystko wzrokiem... \"No coz, lepsze to niz nic...\" - pomyslalem. Zrzucilem z glowy kaptur. I nagle wszyscy zaczeli mi sie dziwnie przygladac... No coz, tak to jest jak ma sie rogi, ogon i racice zamias stop. Niezwracajac uwagi na ludzi podeszlem do barmana i powiedzialem:
- Panie, dajcie mi swoje najlepsze wino. Podczas podrozy zaschlo mi w gardle. Prosil bym tez o jakis pokoj... Ale to pozniej, jak bede zmeczony...                    

SeeM:
- Cóż panie... z podróży. Wino się znajdzie, pokój również. - barman dość nieudolnie zachować tak, jak przy obsłudzie standardowego klienta, kilka sekund trwało zanim odwrócił twarz. Po chwili jednak znów spojrzał na przybysza, opuścił nieco wzrok i dodał:
 - Jeden z pomocników przyniesie dobre wino do pańskiego stolika. Proszę się rozgościć i chwilkę poczekać.
W tej chwili słyszysz za tobą łagodne chrząknięcie i dzwięk odsuwanego od stolika krzesła.                    

Diabellus:
Wziolem wino od barmana. Ciagle odwracal wzrok... Cholernie mnie to irytowalo.
- Och cholera nie boj sie mnie. Nic ci nie zrobie. Ja tylko tak wygladam. To klatwa mego rodu... - zaczolem klamac jak najety - ... byc moze kiedys ja opowiem, ale teraz nie czas na to.
To powiedziawszy odwrucilem sie na piecie i poszedlem do stolika. Wybralem stolik w najciemniejszym rogu. Spokojnie usiadlem i zaczolem powoli saczyc wino....                    

SeeM:
Diabellus - reakcje na twoje przybycie są dwie. Pierwsza (u większości) - ustawiczne zerkanie na ciebie. Druga - oscantacyjne wręcz patrzenie się zupełnie gdzie indziej, z podniesioną głową.
Kiedy tylko usiadłeś zza lady rozlega się brzęk tłuczonego szkła. Barman, z teatralnie głupią miną oznajmia, że wszystko jest pod kontrolą i jeden z klientów poczeka sobie kapkę dłużej na swój trunek. Cóż... przynajmniej odwrócił od ciebie uwagę i klientela powoli zaczęła zajmować się przerwanymi twym wejściem rozmowami.                    

Nawigacja

[0] Indeks wiadomości

[#] Następna strona

Idź do wersji pełnej